Dla miłośników elfów i hobbitów Tolkien jest mistrzem nad mistrzami. Dla mnie również. Świat, który został przez niego stworzony jest miejscem, do którego z chęcią bym się dała przenieść… Niestety, jedyną na to metodą jest wyjście do kina i obejrzenie po raz wtóry kolejnej części "Władcy pierścieni". Czy to jest jednak to samo?

Na pewno owa adaptacja zasługuje na uznanie jej wielkości. Bo z wielkim rozmachem została ona zrealizowana. Nie mniej jednak trzeba przyznać, że dla wiernych czytelników jest ona również powodem wielkiego dramatu. Bo jeśli już dzieło to zostało przeniesione na ekran i wydano tak wiele pieniędzy na efekty specjalne, to warto było przenieść wszystko to, co zostało zawarte w książce tak, jak to stworzył autor. I jak pierwsza filmowa część całkiem nieźle odpowiada temu, co przeczytać możemy w książce, tak pozostałe dwie wołają o pomstę do nieba z powodu przeinaczeń i luk. Wystarczy wspomnieć bitwę, którą oglądamy w "Dwóch wieżach" z wilkami, której nigdzie w wersji książkowej nie było!! To przekłamanie moim zdaniem spowodowało, że wątki z tej części nie skończyły się w odpowiednim momencie i zostały przeniesione do części trzeciej, przez co burzą one ją jako całość. Notabene ona również nie jest odwzorowaniem tego, co stworzył autor - brakuje fenomenalnego pojedynku dwóch wielkich czarodziejów: Sarumana i Gandalfa, nie ma momentu powracania do domu, do Shire.

Ogólnie moim zdaniem ekranizacja o wiele uprościła całość historii. Dla niewtajemniczonych, czyli tych, którzy nie przeczytali książki, film może okazać się rewelacyjny. Dla mnie, mimo że nie jestem wielkim fanatykiem fantasy, okazał się dość klapowaty. Liczę na to, że wersja, jaka pojawi się w wypożyczalniach będzie odrobinę odmienna od tej, z którą miałam do czynienia w kinie.