Pamiętam ten dzień, jakby wydarzył się wczoraj. To ciepłe popołudnie 24. marca 1943 roku, kiedy to po raz pierwszy mieliśmy wystąpić z bronią w ręku przeciwko niemieckiemu najeźdźcy. Nie byłoby w tym być może nic wielkiego, gdyby nie kilka dni, które spędziliśmy wcześniej na ulicznych posterunkach czekając na sygnał z Głównej Kwatery, ale sygnał wciąż nie nadchodził, zupełnie jakby "tamci na górze" nie wiedzieli, że ta gra toczy się o najwyższą dla nas stawkę, o życie naszego przyjaciela i wodza, o życie Rudego. Niby wszystko mieliśmy zaplanowane w najdrobniejszych szczegółach, niby każdy z nas dokładnie wiedział, co i w której sekundzie akcji powinien zrobić, niby każdy z nas wiedział, co należy uczynić, gdyby "coś jednak poszło nie tak". Ale emocje i tak wzięły w nas górę. Byliśmy w końcu tacy młodzi a w więźniarce jadącej z Pawiaka na Szucha czekał skatowany Rudy. Dlatego tak dokładnie pamiętam gwizd samego Orszy, który otrzymał wreszcie tak bardzo przez nas upragniony sygnał do działania. Wiedziałem, że więźniarka nadjedzie od strony ulicy Bielańskiej i tam też, u zbiegu Bielańskiej, Długiej i Nalewek, w pobliżu Arsenału, miało nastąpić nasze uderzenie. Mieszkańcy stolicy jakby wiedzieli, że zaraz nastąpi coś ważnego zaczęli uciekać i chować się w bramach - bardzo dobrze, ponieważ udało nam się uniknąć ofiar wśród cywilów. Pamiętam, że działałem automatycznie. Zobaczyłem wyłaniającą się zza rogu więźniarkę i bez zastanowienia cisnąłem w niż butelką z benzyną. Pierwsza nie zadziałała, dopiero druga, znacznie celniej wymierzona dała swój efekt i ciężarówka stanęła w płomieniach. Dopiero teraz zrozumiałem, że za chwilę będę walczył o życie, tak jak o życie walczyli wyskakujący z więźniarki gestapowcy. Nie mogłem czekać - odbezpieczyłem broń i wymierzyłem pierwsze strzały. Pamiętam, że nie mogłem uspokoić za nic w świecie oddechu i strzelałem wszędzie tylko nie w kryjących się za płonącym samochodem nieprzyjaciół. Na szczęście pierwsze emocje szybko ze mnie opadły i zacząłem działać tak, jak uczył nas Zośka - spokojnie i z rozwagą, bo tylko tak można osiągnąć końcowy sukces. Zobaczyłem chłopaków, którzy podbiegli do ciężarówki, rozwalili drzwi i uwolnili ludzi i… zobaczyłem jak niosą ciało mojego drużynowego, bo to nie mógł być nikt inny. Już teraz wiedziałem, że muszę wytężyć całą swoją wolę, by dać im osłonę ogniową i uchronić od kul niemieckich bandytów. Podniosłem pistolet i wymierzyłem, udało mi się na chwilę uspokoić oddech - wiedziałem, że teraz albo nigdy - pociągnąłem za spust. Kiedy otworzyłem, wiedziałem, że nie zabiłem tego Niemca, a tylko ciężko raniłem w prawe ramię, jednak nie było czasu na zastanowienie, bo już rozlegały się gwizdki zastępowych wzywających do ucieczki i niestety słychać już było warkot zbliżających się samochodów niemieckich. Znałem plan, ale tak bardzo blisko leżał ten Niemiec z nowiutkim karabinem maszynowym. Podbiegłem, wyrwałem go z jego rąk i co sił w nogach pobiegłem za znikającymi właśnie za rogiem Nalewek chłopakami z zastępu. W tym momencie zrozumiałem, że jeśli mnie teraz zobaczą Niemcy - natychmiast otrzymam serię z karabinu i nikt nie dowie się o moim bohaterstwie. Na całe szczęście udało mi się schować w jakiejś niedomkniętej bramie i dachami dotrzeć w bezpieczne miejsce. Dziś wiem, jak wiele i jak głupio zaryzykowałem wracając po ten karabin, ale wówczas górę wzięła młodość i brak doświadczenia.

Jak na pewno wiecie nasza akcja otrzymała nazwę Akcji pod Arsenałem i zapisała się w historii jako jeden z najbardziej zuchwałych aktów dywersyjnych w historii Grup Szturmowych. Ale dla nas ważniejsze było coś zupełnie innego - udało nam się wydrzeć z hitlerowskiej paszczy naszego Janka, wodza, mistrza i przyjaciela, który oddał życie za nas i najważniejszą dla nas Biało - Czerwoną.