To miało być piękne, słoneczne, piątkowe popołudnie. Słońce już nawet nie świeciło - ono prażyło niemiłosiernie. Powietrze, jakby złośliwie, nie było przesiąknięte ani odrobiną wilgoci. W zasadzie jednak było to zwyczajne, piątkowe popołudnie, jakich zdarza się przynajmniej dwadzieścia kilka w ciągu roku. Oprócz wszechogarniającej duchoty, nic nie wróżyło tego, co miło się wydarzyć w ciągu kilku najbliższych godzin.

Złowieszczym omenem okazała się rzecz z pozoru błaha i niepozorna Rafał nie mógł doprowadzić swoich słuchawek do stanu używalności. To podłamało go nieco. Bezużyteczny walkman wielkości cegły klinkierowej, leżał na biurku jego pokoju, niepotrzebnie tylko irytując jego posiadacza. Świadomość, że będzie musiał pokonać niemal cztery kilometry, wsłuchany jedynie w szum mijających go samochodów i dziwne myśli, kołaczące się w jego głowie, sprawiła, że poczuł się nieco zrezygnowany. Znów zaczynały się czaić i czyhać na niego zasadzki świata, mające doprowadzić go do skrajnej rozpaczy. Jednak nie poddał się całkowicie uczuciu bezsilności. "Mam przynajmniej opowiadanie Marqueza" - pomyślał i to, choć w małym stopniu, podniosło go na duchu. Drogę na dworzec kolejowy pokonywał zazwyczaj w ciągu dwudziestu minut. Tym razem jednak, zapewne by uatrakcyjnić monotonię marszruty, słońce wściekle nagrzewało całą okolicę, nawet najmniejszy powiew wiatru nie mącił spiekoty piątkowego popołudnia. Siedząc na trzecim peronie, ukryty w cieniu pokiereszowanego zadaszenia, próbując, choć w małym stopniu skupić się na lekturze, wypatrywał pociągu, który miał dowieźć go do miejsca przeznaczenia - zapyziałego piętnastotysięcznego miasteczka, niewyróżniającego się niczym szczególnym, poza faktem posiadania galerii - Louvre'u okolicznej sztuki, parnasu anonimowych twórców i miejsca spotkań niekiedy upośledzonych emocjonalnie jej koneserów. Okazją do jej odwiedzenia był oczywiście arcyciekawy wernisaż, nieznanej zupełnie Rafałowi artystki.. Zgodnie z jego przewidywaniami natknął się tam na swoje dwie przyjaciółki, w których był zadurzony już od dłuższego czasu. Wpierw ujrzał je siedzące w cieniu drzew, tworzących azyl dla istot, pragnących ukryć się przed wszechobecną spiekotą. Nie podszedł jednak do nich, postanawiając nie zdradzać się ze swoją obecnością. Przechadzając się w cieniu, rzucanym przez strzelistą wieżę znajdującego się nieopodal kościoła, po chwili napotkał Matyldę, niegdysiejszą przyjaciółkę, obecnie zupełnie obojętną mu zupełnie, cierpiącą na nadmierny rozrost ambicji roztrzepaną dziennikarkę miejscowego tygodnika. To w jej, niezbyt dla niego wygodnym, towarzystwie zstąpił do piwnicy, częściowo wypełnionej spragnioną artystycznych doznań tłuszczą. Nie bacząc na to, iż właściwy wernisaż jeszcze się nie rozpoczął, wdał się z Matyldą w krytyczną dysputę, dotyczącą zawartości zwisających, bądź stojących tu i ówdzie, dzieł. Po chwili ujrzał pośród rozentuzjazmowano-znudzonego tłumku tak bardzo przez niego oczekiwane dziewczyny. Po dość chłodnym powitaniu wspólnie kontynuowali rozszyfrowywanie tajemniczych treści i zakamuflowanych przekazów, ukrytych w gęstwinie słomianych tworów. W pewnej chwili jedna z dziewcząt ponagliła go - pozostało zaledwie 10 minut do odjazdu pociągu. Ruszyli, więc, najpierw ku wyjściu, zaś w chwilę po wydostaniu się z artystycznych czeluści, żwawym krokiem podążyli w kierunku stacji. Rafał chmurny i pogrążony w melancholijnej zadumie, jak zwykle po opuszczeniu galerii, starał się dotrzymywać kroku rozpędzonym zjawiskom. Nagle z oddali dobiegł ich uszu jakiś okrzyk. Ze srebrnego samochodu wynurzyła się długowłosa, brodata postać. Dogoniła ich po chwili i okazała się być znajomym starszej z przyjaciółek. Nieznany z imienia i nazwiska brodacz w ręce swej znajomej jakieś papierzyska, po czym pospieszył do sklepu, każąc nie zatrzymywać się trójce, zmierzającej wprost na stację PKP. Po kilku minutach zdyszany brodacz dogonił grupkę, taszcząc w dłoniach trzy puszki pospolitego piwa. Jednak tempo ich marszu zmalało na, tyle, iż zdążenie na zaplanowany pociąg było mało realne. Toteż, już niemal u progu budynku stacji, prawie cała gromadka rozpoczęła straceńczy sprint, wierząc zapewne, że uda im się złamać prawa fizyki i zakrzywić czas. Jedynie Rafał nie był skory do bezcelowego biegu. Zbyt dobrze wiedział o tym, że cuda nie zdarzają się w piątkowe popołudnia i nie istnieje najmniejsza szansa, ażeby zdążyć na odjeżdżający w tej właśnie chwili pociąg. Następny miał pojawić się dopiero za dwie godziny. Tymczasem grupka, oświetlana przez jaskrawe promienie szykującego się do zachodu słońca, ruszyła przed siebie i po krótkiej wspinaczce cała czwórka rozsiadła się na pagórku nieopodal stacji. Długowłosy student, podekscytowany najwyraźniej niespodziewanym spotkaniem, zdawał się być niezbyt załamany zaistniałą sytuacją. Wręcz przeciwnie - jego oratorskie popisy i tandetnie kokieteryjne, obliczone na efekt wywody, wyraźnie skupiły uwagę zaintrygowanych dziewcząt. Zaś sam nadmiernie upierzony żigolak czuł się coraz pewniej, niewątpliwie za sprawą wysączonego chciwie piwa, którego rozluźniające działanie w jego przypadku stawało się aż nazbyt widoczne. Jednak wpatrzone w niego oczy dwóch niewiast, zdradzały ciekawość i całkowitą aprobatę dla jego cwaniackiego słowotoku. On sam zaś, starał się być miły i sympatyczny aż do obrzydzenia, trajkotał słodko, uśmiechając się uwodzicielsko i plotąc trzy po trzy, byle tylko wciąż przykuwać uwagę słuchaczek. Zresztą udawało mu się to znakomicie. Mijały minuty, tarcza zachodzącego słońca coraz bardziej zbliżała się do linii horyzontu. Słodki szczebiot nie ustawał, kudłacz niczym pierwszy skrzypek odgrywający swą uwerturę, błyszczał i jaśniał wśród ogarniającego powoli świat zmroku, coraz to śmielej pozwalając sobie na frywolne uwagi i niedwuznaczne gesty. Jego krasomówcze popisy w widoczny sposób wywierały zamierzony efekt na słuchaczach, a właściwie słuchaczkach, chłonących z atencją owe werbalne fajerwerki. Jednak uczucie dalekie od zachwytu, rozpościerało swe skrzydła w czeluściach duszy osamotnionego Rafała.

Z zaciśniętymi zębami słuchał bełkotu ,wydobywającego się z ust pyszałka. Fanfarony o polimerach, które to, według jego niezwykle miarodajnej opinii, były przyczyną nie zaliczenia egzaminu przez jakąś skrupulatną profesorkę, prezentacja dzwonka w komórce i przechwałki stosem czystych płyt, były doprawdy w najwyższym stopniu obojętne uwadze Rafała. Widząc, zatem, z jakim zaciekawieniem chłonie te brednie żeńska część słuchaczy, poczuł się przeraźliwie samotny, siedząc na wzgórku, otulony przez mrok, który nieubłaganie zagarniał świat w swoje posiadanie. Trójka siedząca zaledwie kilka centymetrów obok jakby zapomniała o jego obecności, pogrążając się we wzajemnej adoracji. Szczególnie uderzyło Rafała to, z jakim nie maskowanym nawet w najmniejszym stopniu zachwytem kudłacz wpatruje się w rozjaśnioną pięknym uśmiechem twarz starszej dziewczyny. Słysząc słowa, wypowiadane przez rozanielonego żaka, słowa, które Rafał tysiące razy powtarzał w myślach, pytania, których całe litanie podczas bezsennych nocy zadawał w duchu, nigdy nie ośmielając się głośno ich wypowiedzieć, wymawiane w taki profański, bezceremonialny, prostacki, można by rzec bezczelnie zuchwały sposób. Czuł, jak jego umysł wypełnia się rozpaczą, mocującą się z wściekłością. Najwymyślniejsza fizyczna tortura nie mogłaby się równać z mękami, jakie w tamtej chwili targały duszą odrętwiałego Rafała. Każda sekunda wydawała się być nasączona bólem. Czas jakby zastygł wokół niego. Jakże mocno pragnął w tamtej chwili mieć przy sobie żyletkę, odłamek stłuczonej butelki, czy jakiekolwiek inne narzędzie, byle tylko jak najszybciej uwolnić się od tej nieludzkiej męczarni, bezlitośnie wpijającej w niego swe szpony, byle wyrzucić ze świadomości ten prześladujący go obraz, jakby wyjęty wprost z sennego widziadła, tym razem jednak tak namacalnie rzeczywisty. Elektryzujące niczym chłosta wiązki zdań, które oszołomiony Rafał próbował zrozumieć, wdzierały się z impetem w czeluść jego umysłu, na kształt fal potopu, niszcząc jego złudzenia, miażdżąc wszelkie resztki nadziei, bezceremonialnie wdeptując w proch ziemi jego, nierealne wszakże, marzenia. Odarty z wszelkich złudzeń, nagi wobec brutalnej prawdy, jaką uraczyła go w całej okazałości owa nieprzewidywalna sytuacja, pragnął tylko jak najszybciej zaszyć się w czeluść nocy, rozpłynąć się w niej niczym mgła i zniszczyć jakiekolwiek ślady swojej obecności w jej nieobjętej przestrzeni. Na szczęście, jego Golgota zmierzała ku końcowi. Niczym karawana cieni, cała czwórka rozpoczęła powolny marsz w dół zbocza, tuż ku majaczącemu w ciemnościach budynkowi stacji. Tym razem udało im się dotrzeć na czas, by wsiąść do wnętrza wagonu obskurnego pociągu, który po wydaniu rzężącego dźwięku, rozpędzając się powoli, z trudem ruszył, znikając w ciemnej smole nocy. Na jednej ze stacji długowłosy wodzirej opuścił towarzystwo, zabierając ze sobą papierową teczkę, niedopite piwo i szum pożegnalnych westchnień. Zdezelowany skład ruszył zaś dalej, wioząc ku miejscu przeznaczenia pozostałą trójkę.

Bezskuteczne próby zagajenia rozmowy przez Rafała przypieczętowały dodatkowo kotłujące się w jego duszy odrętwiające uczucie bezużyteczności. Przeraźliwie gęsty mrok wypełnił jego umysł. Z wolna zatracał poczucie swego istnienia. W owym momencie dwóm postaciom, siedzącym naprzeciw niego towarzyszył jedynie kształt człowieka, korpus wypełniony rozpaczą, niczym idealna narkoza obezwładniającą wszelkie myśli i odczucia. Pociąg miarowo zaczął zwalniać. Powoli dojeżdżali do kresu podróży. Gdy jego kadłub zatrzymał się, resztka pasażerów wynurzyła się z niego, tonąc w objęciach chłodnej, piątkowej nocy. Także trzy cienie podążyły w kierunku martwej, stalowej konstrukcji, która po zbliżeniu się do niej okazała się być kładką, istnymi "schodami do nieba", w zamyśle jej twórcy , mającymi chronić nieuważnych podróżnych przed przypadkowym wdepnięciem wprost pod koła rozpędzonego pociągu. Trzy postacie nie miały jednak zamiaru korzystać z jej dobrodziejstwa , sprytnie wykorzystując brak przęsła w płotku , zagradzającym przejście tuż pod metalową konstrukcją kładki.

Tuż obok , w cieniu rzucanym przez rosnące nieopodal drzewa , stał żółty wehikuł. Trójka rozdzieliła się w tym momencie i dwie niskie postacie znikły w jego wnętrzu. Po chwili rozrusznik wydał z siebie jazgotliwy dźwięk i żółty kształt wydając z siebie bełkotliwy odgłos , podążył w ciemność , ledwie rozświetlając jej gęstą , mazistą przestrzeń .Za moment był już tylko oddalającym się coraz szybciej, niknącym punkcikiem, po czym rozmył się za łukiem zakrętu, znikając całkowicie z oczu wpatrzonego w pustkę Rafała. On zaś odwrócił się powoli i ruszył ponownie w stronę peronu, kilkakrotnie zwracając głowę ku zakrętowi, za którym zniknął wypełniony sensem jego życia bolid. Zaczął szybkim krokiem podążać wzdłuż wyłożonego betonowymi płytami jęzora peronu. Jego żwawy marsz szybko przerodził się w oszalały, straceńczy bieg. Pędząca sylwetka nikła, by za chwilę pojawić się w snopie światła, rzucanym przez stojące w regularnym szeregu lampy. Nagle Rafał potknął się i upadł, całą długością swego ciała uderzając o twardą powierzchnię peronu. Gdzieś w oddali dało się słyszeć szum pociągu. Podniósł się z trudem i zakrwawionymi rękami otarł łzy, cieknące strugą po jego twarzy. Z oddali zaczęły się wyłaniać trzy punkciki, nasilał się odgłos zbliżającego się pociągu. Szloch, niczym impuls elektryczny zaczął targać całym jego ciałem. Upadł na kolana, jakby zginając się pod brzemieniem bólu, który pochwycił go w swój żelazny uścisk. Podniósł się jednak, wpatrując się w nadciągające trzy punkty, które z każdą chwilą powiększały się, niosąc ze sobą narastający huk.

Czoło pędzącego ekspresu zbliżało się z ogromną prędkością. Szum oddechu i krwi pulsującej w skroniach Rafała, wydawały mu się głośniejsza niż szum pociągu. Właściwie teraz nie słyszał już niczego. Przyłożył głowę do chłodnej szyny, jakby wyczekując dotyku przeznaczenia, które pędząc z prędkością stu dziewiętnastu kilometrów na godzinę rozdarło głębię nocy przeraźliwym rykiem klaksonu i skowytem zbyt późno zaciskających się hamulców...