Restauracja przy ulicy Garncarskiej, to najpopularniejsze miejsce w całym mieście. Każdego dnia przychodzą tu setki ludzi, by zasmakować jedynych w swoim rodzaju potraw. Ale jest taki dzień w roku, kiedy restauracja jest nieczynna. Jest to 24 grudnia, czyli dzień wigilijny. W tym dniu wszyscy mieszkańcy miasta jedzą uroczystą kolację w swoich domach, a Pan Garnek i jego kuchenni kompani odpoczywają od zgiełku kucharzy i od palących płomieni. W tym szczególnym dniu, kuchnia przy ulicy Garncarskiej, jest wyjątkowo cicha i chłodna. Wypolerowane sztućce wylegują się w kuchennych szufladach, talerze wygrzewają swoje obolałe powierzchnie w suszarce, a garnki spokojnie śpią pozamykane w szafach. Tylko Pan Garnek jak zwykle ma coś do zrobienia, jeśli nie gotuje, nie poszukuje swojego miejsca na ziemi, to po prostu najzwyczajniej w świecie robi to, co każdy garnek, czyli marzy. A o czym? Oooo to trudno odgadnąć, ponieważ Pan Garnek, jak większość marzycieli, ma bogatą wyobraźnię. Bywa, że marzy o podróży samolotem lub statkiem, albo o ugotowaniu potrawy jakiej jeszcze żaden garnek na świecie nie ugotował, a czasem marzy o miłości, jak każdy zwykły garnek.

 

Ten wigilijny dzień był jednak zaskakujący dla Pana Garnka. Kiedy tak leżał spokojnie w swojej ulubionej szafce, otulony chłodem kuchni i marzył o zdobyciu Giewontu, usłyszał przeraźliwe:

 

- Ratuuuuuuuuuunkuuuuuuu!

 

Gdyby Pan Garnek miał serce, pewnie od razu by zamarło, gdyż takiego wrzasku jeszcze nigdy jego uszy nie słyszały. Chociaż zaraz, zaraz, był tu kiedyś jeden taki kucharz, co obciął sobie kawałek paznokcia krojąc kabanosy – przypomniał sobie Pan Garnek.

 

- Ratuuuuuuuuuuunkuuuuuuu!– Ponowny krzyk wyrwał z rozmyślań Pana Garnka, który nastawił uszy i wyczekiwał na kolejne wołanie o pomoc, by móc zlokalizować skąd ono dochodzi.

 

- Ratuuuuuuuuuunkuuuuuuuu!- Tym razem był już pewien, że przeraźliwy wrzask dobiega z kuchennego kąta, tuż zza olbrzymich rozmiarów dwudrzwiową lodówką.

 

Pan Garnek czym prędzej wyskoczył ze swojej szafy i jednym ślizgiem znalazł się w kącie. Tu, ku swojemu zdziwieniu, znalazł leżącego na podłodze, pokrytego srebrnymi łuskami Karpia, który właśnie przymierzał się do kolejnego, głośnego nawoływania.

 

- Skąd się tu wziąłeś?– Zapytał Pan Garnek.

 

- Jeden z kucharzy zamierzał zabrać mnie do domu na wigilijną kolację. Kupił nas ze cztery kilo i wsadził do miski z wodą. Kiedy wyciągał chłopaków z wody, ja zdążyłem z niej wyskoczyć i znalazłem się w tym ciemnym kącie.– Odpowiedział Karp.

 

- Ale dlaczego wyskoczyłeś, skoro miałeś szansę na świąteczną kolację w jakimś miłym, przytulnym domu?- Zapytał Pan Garnek.

 

- Żartujesz sobie? Jesteś garnkiem, i jeszcze zadajesz mi takie pytanie? Przecież ja nie zostałem zaproszony na tą kolację, tylko kupiony! K-U-P-I-O-N-Y!!!!! rozumiesz?!

 

- Kupiony, zaproszony, co za różnica?- Zdziwił się Pan Garnek.

 

- Przecież kupili mnie po to, by mnie zjeść!!!!! A nie żebym zasiadł z nimi przy jednym stole. Owszem, stół byłby ten sam, tyle że ja bym przy nim nie siedział, tylko na nim leżał usmażony! U-S-M-A-Ż-O-N-Y!!! rozumiesz?! USMAŻONY!!!

 

- Co ty mówisz??? Naprawdę?!- Wykrzyknął Pan Garnek.

 

- N-A-P-R-A-W-D-Ę!- Wycedził Karp.

 

- A co z resztą twoich kumpli? Nie chcieli wyskoczyć razem z tobą?- Zapytał Pan Garnek.

 

- Eeee, szkoda gadać! Pozostałe karpie bardzo się ucieszyły, że kucharz zabierze je do siebie na kolację. Mówiłem im, że wcale tam nie będą w charakterze gości, ale oni nie słuchali. Śmiali się, że jestem dziwak i w ogóle, że jestem nietowarzyski.- Zasmucił się Karp.

 

- To co teraz z tobą będzie?- Zapytał Pan Garnek.

 

- Właśnie nie wiem. Mógłbym tu sobie jeszcze poleżeć, ale jak powszechnie wiadomo, ryba bez wody żyć nie może, dlatego zacząłem wołać o pomoc.- Odpowiedział Karp. Już bałem się, że nikt mnie nie usłyszy i będę tak leżał w tym kącie do nowego roku, albo nawet do przyszłej wigilii. Choć kucharze na pewno szybko by się zorientowali po zapachu, że tu jestem.- Zastanowił się przez chwilę.

 

- Mogę tobie jakoś pomóc?- Zaoferował się Pan Garnek.

 

-Mógłbyś zabrać mnie z tej kuchni i wrzucić do jakiejś rzeki.– Odpowiedział Karp.

 

- Ale jest wigilia, restauracja jest zamknięta. Dziś się stąd nie wydostaniemy.- Zasmucił się Pan Garnek.

 

- To chociaż, nalej wody do miski żebym mógł się w niej zanurzyć, bo zaraz stanę się jedną, wielką, ususzoną łuską.- Odpowiedział Karp.

 

- Zgoda. Dziś popływasz we mnie, ponieważ wszystkie naczynia mają wolne i nie chcę im przeszkadzać, a jutro tuż po otwarciu restauracji, zabiorę cię nad pobliską rzekę i do niej wrzucę.- Ucieszył się Pan Garnek z własnego pomysłu, po czym wlał do swego wnętrza zimnej wody, Karp machnął mocno płetwą i wskoczył do Pana Garnka.

 

- Huuuuraaaa! Jestem uratowany.- Wykrzyknął Karp.

 

Tak dobiegł końca ten niezwykły dzień wigilijny. Wieczorem Pan Garnek i Karp ucięli sobie krótką pogawędkę. Karp opowiadał jak podróżował po świecie, przepływając z jednej rzecznej głębiny do drugiej, jak poznawał inne ryby, i jak oglądał świat zza tafli wody. Te opowieści zafascynowały Pana Garnka, który nigdy nie przekroczył granic swojej dzielnicy. Kiedy Karp ziewnął przeciągle i powiedział D-O-B-R-A-N-O-C, Pan Garnek zajął się swoim ulubionym zajęciem i zaczął marzyć. Tym razem marzył o morzu, jak pływa po granatowych wodach Bałtyku, i surfuje na wysokich falach, a pokrywająca go stal lśni w promieniach słońca. Te przepiękne marzenia szybko pogrążyły Pana Garnka w głębokim i pełnym przygód śnie.

 

Na drugi dzień, już z samego rana, Pan Garnek obudził się podekscytowany. Dziś miał do wykonania bardzo ważne zadanie. Obudził Karpia, rozejrzał się po kuchni, i gdy zorientował się, że przyszli pierwsi kucharze, powiedział do Karpia- ruszamy.

 

Tak oboje, Karp i Pan Garnek, opuścili kuchnię przy ulicy Garncarskiej i powędrowali w stronę rzeki. Zima tego roku nie była na szczęście sroga, dlatego nie natknęli się na zamarzniętą rzekę, która niewątpliwie byłaby dużym utrudnieniem dla Karpia. Pan Garnek i Karp pożegnali się, a Karp machnął mocno płetwą, wyskoczył z Garnka i wskoczył wprost do zimnej wody. Po kilku minutach wypłynął na powierzchnię i krzyknął do Pana Garnka

 

– M-A-R-Z-E-N-I-A  SĄ DO S-P-E-Ł-N-I-E-N-I-A!- Machnął jeszcze raz płetwą i odpłynął w nieznaną, tajemniczą dal.

 

Pan Garnek pomachał Karpiowi na pożegnanie, odwrócił się i pognał do kuchni, ugotować kilka smacznych potraw dla dzisiejszych gości, którzy już zapewne szli w stronę restauracji. Zanim jednak wrócił do pracy, obiecał sobie, że potraktuje poważnie ostatnie słowa Karpia i od nowego roku zacznie spełniać swoje marzenia.