Jak wieść niesie ukazanie się "Monachomachii, czyli wojny mnichów" w Warszawie w 1778 roku, było wielkim zaskoczeniem zarówno dla czytelników jak i dla autora, Ignacego Krasickiego, który nie planował ogłoszenia drukiem tego niezwykle złośliwego poematu heroikomicznego. Z tych to m. in. powodów pierwsze wydanie jakie się ukazało było niestarannie edytowane i zawierało wiele błędów. Sam zaś utwór powstał w połowie lat siedemdziesiątych w Poczdamie.

Gatunkowo utwór Krasickiego wpisuje się w wywodzący się jeszcze z piątego wieku przed naszą erą, wyznacznik poematu heroikomicznego. Pierwszym z nich była "Batrachomiomachia", opisująca walki myszy z żabami, w który to sposób autor podjął się ironicznej parodii eposów Homera. Co ważne dla tego gatunku, stanowi on chyba najbardziej wyraźne zerwanie zasady decorum, autor pisząc bowiem taki poematy używa wysokiego, patetycznego stylu do opisania wydarzeń błahych, co ma na celu wzbudzenie wesołości w czytelniku. Typowy jest więc tutaj przerost formy nad treścią.

Miejsce akcji jest naszkicowane w poemacie Krasickiego dość ogólnikowo. O miasteczku, w którym położone są oba klasztory dowiadujemy się, że stanowi ruinę:

"W mieście (gród, ziemstwo trzymało albowiem

Stare zamczysko, pustoty ohyda)

Było trzy karczmy, bram cztery ułomki,

Klasztorów dziewięć i gdzieniegdzie domki".

W ten sposób możemy utożsamiać miejsce akcji z setkami innych pomniejszych miejscowości dawnej Rzeczpospolitej. Bliżej natomiast, z racji wypowiedzi mnichów można określić czas akcji, który przypada na lata panowania króla Stanisława Augusta Poniatowskiego.

Dla głębszej analizy "Monachomachii" warto przedstawić zawarty w niej bieg wydarzeń. Pieśń pierwsza zapoczątkowana jest oktawą będącą zestawieniem wielu sentencji dobranych na zasadzie przeciwstawienia:

"Nie wszystko złoto, co się świeci z góry,

Ani ten śmiały, co się zwierzchnie sroży;

Zewnętrzna postać nie czyni natury,

Serce, nie odzież, ośmiela lub trwoży.

Dzierżyła miejsca szyszaków kaptury-

Nieraz rycerzem bywał sługa boży.

Wkrada się zjadłoś i w kąty spokojne,

Taką ja śpiewać przedsięwziąłem wojnę".

Następnie w patetycznej inwokacji autor zakreśla tematykę swojego "eposu": "Wojnę śpiewam więc i głoszę,/ Wojnę okrutną bez broni, bez miecza, (...) Wojnę mnichowską...". Kolejne oktawy dają nam, zaczynając od ogólnego, aż po bardzo szczegółowy, opis miasteczka, w którym ma dziać się rzecz, jakby z lotu ptaka spoglądamy na klasztor. Zapoznajemy się braćmi zakonnymi charakteryzowanymi przez Ignacego Krasickiego w sposób godny antycznych herosów, którym przyszło żyć w wydawałoby się wspaniałych czasach: "Święta prostoto! Ach, któż cię wychwali! Wieku szczęśliwie".

Jednak "widząc fortunny los spokojnych mężów", w mury klasztorne wdziera się Niezgoda, będąca personifikacja tego stanu. Karmelici i dominikanie, nie pamiętając nawet podstaw zawiązanego konfliktu starają się go rozwiązać na drodze "uczonej" dysputy. Ojciec przeor niczym, król macedoński stara się wyjaśnić powód zebrania:

"Bracia najmilsi! Ach, cóż się to dzieje?

Cóż to za rozruch u nas niesłychany?

Czy do piwnicy wkradli się złodzieje?

Czy wyschły kufle, gąsiory i dzbany?

Mówcie!... Cokolwiek bądź, srodze boleję;

Trzeba wam pokój wrócić pożądany..."

Charakterystyczne są przyczyny jakie mu przychodzą do głowy. Obok jednak tych bardzo prześmiewczych i pisanych z przymrużeniem oka mów, pojawiają się i poważniejsze w treści , jak na przykład mowa ojca Pankracego o upadku obyczajów. Mimo, że jej autor jest mocno zgrzybiałym, potrafi wypowiedzieć bardzo mądre słowa:

"Wkrada się zazdrość, wkrada niechęć wszędzie;

I święty kaptur, chociaż uwielbiony,

Nigdy tak mocnym, tak dzielnym nie będzie,

Żeby człek pod nim był ubezpieczony.

Choć w zacność, mądrość każdy z was zamożny,

Niech będzie czuły, niech będzie ostrożny".

W pieśni drugiej, wśród nieomylnych znaków niebios niosących trwogę, jak zgubienie pantofla, dochodzi do przyjęcia poselstwa "białokapturych" dominikanów. Polem bitwy ma stać się refektarz, gdzie zebrani bracia zakonni maja się prześcigać w dowodzeniu, nie wiadomo jednak czego. Wspaniale, wykorzystując anaforę, Krasicki pokazuje rozsierdzenie młodszych mnichów, a gnuśność starych, jak czytamy:

"Nowa przyczyna w Karmelu do rady

Ojciec Makary nie życzy wojować,

Ojciec Cherubin cytuje przykłady,

Ojciec Serafin chce losu próbować,

Ojciec Pafnucy wysyła na zwiady,

Ojciec Zefiryn nie chce i wotować,

Ojciec Elijasz wielbi stan spokojny:

Starzy się boją, a młodzi chcą wojny".

W kolejnej pieśni, rozpoczętej przez przekorną pochwałę biskupa Krasickiego łakomstwa i pijaństwa, ojciec Gaudenty, doradza innym mnichom by z dysputy uczynić turniej w piciu.

Z drugiej jednak strony mnisi chcą się jednak czymś poza piciem wykazać i postanawiają odszukać dawno zapomnianą bibliotekę. W tej tez pieśni pojawia się auto-parafraza Krasickiego, który swój, uważany przez współczesnych mu czytelników, za pieśń narodową - "Hymn do miłości ojczyzny", przekształcił w żartobliwą inwokacje do pijaństwa.

"Wdzięczna miłości kochanej szklenice!

Czuje cię każdy, i słaby, i zdrowy;

Dla ciebie miłe są ciemne piwnice,

Dla ciebie znośna duszność i ból głowy,

Słodzisz frasunki, uśmierzasz tęsknice.

W tobie pociecha, w tobie zysk gotowy.

Byle cię można znaleźć, byle kupić,

Nie żal skosztować, nie żal się i upić".

Wraz ze zbliżaniem się wielkiego pojedynku, Krasicki zagęszcza porównania braci zakonnych do antycznych herosów, przywołuje mityczne postaci i wydarzenia, mające pokazać pochodzenie jego zakonnych bohaterów. Wraz z wejściem dominikanów "tuman mądrości nad łbami unosi", zaś "Zazdrość i Pycha zjadłe oczy żarzy". W przedmowach mnichów, możemy rozpoznać znakomitą parodię barokowych przemówień, wykpiwanych tutaj przez autora:

"Na płytkim gruncie rozbujałych fluktów

Korab mądrości chwieje się i wznosi,

A pełen szczepu wybornego fruktów,

Niewysławioną korzyść kiedy nosi".

Cała dysputa jest też również rozprawą Krasickiego z systemem scholastyki, popularnym jeszcze w wielu jezuickich kolegiach, który wykładał rzeczy nieprzydatne dla rozwijającego się państwa i potrafił jedynie skutecznie zaciemniać umysły.

Pieśń piąta "Monachomachii" rozpoczyna się słynnym wyłożeniem programu poetyckiego Ignacego Krasickiego, opierającego się w dużej mierze na śmiechu, wykpiwaniu wad społeczeństwa i braku tolerancji dla głupoty i zacofania.

"I śmiech niekiedy może być nauką,

Kiedy się z przywar, nie z osób natrząsa;

I żart dowcipną przyprawiony sztuką

Zbawienny, kiedy szczypie, a nie kąsa, (...)

Szanujmy mądrych, przykładnych, chwalebnych,

Śmiejmy się z głupich, choć i przewielebnych".

Reszta zaś pieśni to relacja batalistyczna z wielkiej bitwy, jaka zaszła w klasztorze pomiędzy karmelitami, a dominikanami. Charakteryzuje ja wielki dynamizm i właściwe jeszcze Homerowi, przedstawianie walk poprzez pojedynczych rycerzy. Koniec jednak tej bitwy nie jest jednak tragiczny. Oto pojawia się, niczym monstrancja, wielki Puchar godzący zwaśnione strony. W ostatniej pieśni, Krasicki korzystając z homeryckiego opisu tarczy kutej przez Hefajstosa dla Achillesa, w podobny sposób opowiada wniesiony wcześniej, w podniosłej procesji, puchar:

"Wierzchołek dzbana przedziwnej roboty

Grono prałatów w kapitule stawił,

Ogromne barki kształcił łańcuch złoty,

Dalej wspaniałą ucztę proboszcz sprawił".

Jest to moment do przedstawienia, poprzez rzeźby widniejące na pucharze, całości życia klasztornego i duchownego w Polsce, co jak wiadomo nie mogło być bezkrytyczną pochwałą. Na bazie sielskich obrazów, opisanego w kilku oktawach toczenia się por roku widzimy coraz bardziej pogłębiający się upadek stanu duchownego, przeznaczonego przecież do najbardziej chwalebnych czynów, a nie pijaństwa i żarłoctwa. Jednak Ignacy Krasicki, sam będąc przecież biskupem, nie występował jak mu zarzucano, przeciwko Kościołowi, lecz tylko wynaturzeniom rozwijającym się na jego łonie, w myśl zasady, że "Prawdziwa cnota krytyk się nie boi, / Niechaj występek jęczy i boleje". Nie potrafiło to jednak przemówić do wielu zatwardziałych w swojej pysze i bucie umysłów tamtych czasów, które wznieciły wielką kampanię sprzeciwu wymierzoną w autora "Monachomachii". Ten tyko pozornie "złamał się" pisząc "Antymonachomachię", która była tylko pozornym odwołaniem wcześniejszych sądów o duchowieństwie, a tak na prawdę jeszcze cięższą i bezlitosna krytyką wynaturzeń tego stanu. Jak pisał bowiem jeszcze w "Monachomachii",

"Winien odwołać, kto zmyśla zuchwale:

Przeczytaj, osądź. Nie pochwalisz? - spalę".

Ignacemu Krasickiemu na pewno nie można było zarzucić zmyślenia.