Wojna trojańska dobiegła końca, Troja została zburzona, w Homerowej wersji słowa nie ma o tym, żeby ktoś ocalał, oprócz rzecz jasna kobiet wziętych do niewoli, ale o nich mitologia milczy od momentu wzięcia do niewoli. Wergiliusz od tego momentu wywodzi historie Rzymu, ocalając cudem z okrutnej rzezi Eneasza i jego synka Askaniusza i wiodąc ich do ziemi obiecanej, czyli ziemi, na której zbudują Rzym. Ale to Wergiliusz, a my pozostańmy przy Homerze i podaniach greckich. Kończy się więc wojna i trzeba wracać do domu. Dziesięć lat upłynęło, należy się więc spodziewać, ze zmiany spore zajść mogły w ojczyznach mężnych bohaterów, którzy zburzyli miasto i odzyskali Helenę. Mitologia mówi głównie o losach trzech greckich bohaterów już po zakończeniu wojny, inna rzecz, ze większość tych imiennie znanych zginęła, ale dowiedzmy się, co działo się potem z Agamemnonem, Menelaosem i Odyseuszem.

  1. Menelaos

Zacznijmy od Menelaosa, bo przecież to jego historia, od niego i pięknej jego małżonki zaczęło się wszystko. Cały trojański zatarg zrodził się na gruncie zdrady i miłości, zakochany w Helenie Parys uprowadził ją do Troi, łamiąc przy tym wszelkie prawa moralne i obyczajowe. Menelaos stratę odczuł dotkliwie i zamierzał ja odzyskać, cała Grecja stanęła bojowo p[o jego stronie i stałą tak przez lat dziesięć, aż Helenę odzyskano. Rozłąka małżonków była długa, sama wojna przeciągała się przez lata, a i przygotowania pochłonęły sporo czasu. Ale Helena nic ze swej urody nie straciła, po tylu latach byłą równie piękna, jak w dniu, kiedy ja Menelaos poślubił. Toteż i przebaczyć zdradę przyszło mu dość łatwo. Bo Menelaos do końca chyba nie wiedział, czego chce, czy żonę odzyskać czy ukarać. W pierwszej chwili gniew go ogarnął straszny, bo szukając małżonki w śpiącym mieście, odnalazł ją w sypialni Deifoba, brata Parysa, za którego wyszła po śmierci tego pierwszego. Jednak widok jej cudny obudził w nim tęsknotę i czułość i całą złość ostudził, szybko schował miecz i porwał w ramiona niewierną. Trzeba przyznać, ze Menelaos najlepiej wyszedł na tej wojnie, żonę odzyskał i jeszcze się wzbogacił najbardziej ze wszystkich. Troja była miastem bogatym, to i łupy wojenne warte były dziesięciu lat wojowania. Menelaos wziął swoja część i załadował na statki. Razem z Heleną ruszył w drogę powrotna do Sparty. Jego wędrówka trwała lat siedem, można rzec, że był to drugi miesiąc miodowy tej pary, która na nowo odnalazła miłość, odnalazła tez wyjątkowe okazje handlowe, bowiem Menelaos nie próżnował i pomnażał swe wojenne łupy. To dlatego tak zwlekał z powrotem i nadrabiał drogi zahaczając nawet o Egipt. Wreszcie wrócił do Sparty obładowany skarbami najcudniejszymi, takimi, jakich dotąd w jego ojczyźnie nie widziano, ozłocił pałac i zamieszkał w nim z Helena, która towarzyszyła mu aż do śmierci, nic ze swej urody nie tracąc. Tu następuje happy end miłosnej historii, gdyby ja pociągnąć jeszcze ciut dalej o losy Heleny nie byłaby już taka radosna, bowiem Helenie nigdy nie przebaczono w Sparcie win, Menelaos mógł zapomnieć, ale inni pamiętali i po jego śmierci wygnano ją z królewskiego dworu. W mitologii tak już jest, ze przebaczenie przebaczeniem, a karę trzeba ponieść. Helena udała się do swej, jak sądziła, przyjaciółki, mieszkającej na Rodos. Jednak przyjaciółka żywiła do niej urazę wielką, gdyż jej małżonek poległ pod Troją, a ona winą za to obarczała oczywiście Helenę i jej rozpasanie. Toteż zgotowała jej gościnę wyjątkowo nieprzyjazna. Któregoś dnia kazała swym służkom przebrać się za boginie zemsty Erynie i pojmać Helenę, kiedy będzie zażywała kąpieli, a potem powiesić ją na drzewie. Helena nie wiedziała, ze to przebrane służące, myślała, ze to sama bogini zemsty wydała na nią wyrok za niewierność i z tym przekonaniem zmarła.

  1. Agamemnon

Agamemnon miał zdecydowanie mniej szczęścia, z reszta tej wyprawie wiele na niego spadło nieprzyjemności. Zaczęło się od Ifigenii, jego córki, którą bogini Artemida zechciał otrzymać w ofierze, gdyby Agamemnon nie uległ jej zadaniu, wyprawa w ogóle nie ruszyłaby by miejsca, bo bogini powstrzymywała wszelki podmuch wiatru i statki mogły sobie stać w porcie. Podjął więc stroskany ojciec te decyzję i uległ bogini. Do samej ofiary nie doszło , bo Artemida zabrała księżniczkę do swej świątyni i uczyniła z niej kapłankę, ale co Agamemnon przeżył to jego, druga rzecz córkę i tak stracił, a żona, Klitajmestra nigdy mu tego nie wybaczyła. Potem już na wojnie Agamemnon chciał sobie czas umilić i pojmał brankę, ale źle trafił, okazało się, ze piękna pojmana jest córką kapłana ze świątyni Apollona i bóg żąda zwrotu, znów siły niebieskie stanęły przeciwko niemu, mściwy Apollo dziesiątkował jego armię zsyłając na Greków straszna zarazę. Nie było wyjścia, oddał Agamemnon brankę ojcu, ale szybko znalazł wyjście z tej sytuacji, był wszak wodzem, coś mu się z tego tytułu należało, zabrał więc brankę jednemu ze swych wojowników. I znów źle trafił, bo pokusił się na Bryzeidę, a ta należała do Achillesa. Achilles się obraził i więcej do walki nie ruszył, do czasu, ale i to wystarczyło, by kolejne klęski spadły na Greków, a Trojanie strasznie się rozzuchwalili. Niewiele brakowała, a wracałby do Myken król w aurze niesławy i porażki. Ale jakoś się to wszystko ułożyło i w końcu Troję zdobyto. Wziął więc Agamemnon łupy największe, bo był wodzem i coś mu się z tego tytułu należało i branki liczne, a wśród nich i samą Kasandrę i pożeglował do swej ojczyzny. Przybił do brzegów szybko i szczęśliwie wioząc wielkie bogactwa, dumny i zwycięski. Spodziewała pisę hucznego powitania i wielkiej radości ze swego powrotu. Lud owszem ucieszył się bardzo, mając nadzieję, ze oto prawowity władca zaprowadzi porządek w królestwie, królestwie którym pod jego nieobecność nie działo się dobrze, ale żona nie ucieszył się wcale. Klitajmestra dosyć szybko doszła do wniosku, ze Agamemnon już nie wróci, nie wiedziała a wojna nie obyta, że takie sprawy lubiła się przeciągać, może nie znała przepowiedni, tej o zwycięstwie w dziesiątym roku wojny, może nie chciała o niej pamiętać, grunt, ze po kilku latach uznał, ze mąż poległ i znalazła pocieszenie w ramionach Ajgistosa. Krótko mówiąc wyszła za niego , czyniąc go królem. Trzeba przyznać, ze w momencie powrotu Agamemnona jej sytuacja była rzeczywiście głupia, no bo tu wraca pierwszy mąż, a tu rządzi drugi, obaj w świetnym zdrowiu. Czego mogła się spodziewać po potężnym i władczym Agamemnonie, gdyby była choć w połowie tak piękna jak Helena, to może liczyłaby na przebaczenie, ale Klitajmenstra nie byłą ani tak piękna ani tak naiwna, za to była okrutna i pamiętliwa. Nie zapomniała Agamemnonowi, ze jej córkę gotów był poświęcić dla dobra tej głupiej wyprawy po cudzą żonę, szybko też zdążyła zauważyć, ze jego statek wiezie liczne branki. To wystarczyło, przywitała go pięknie, ładnie, nawet jakoś udała zadowolenie i przygotowała mu kąpiel, co po tak długiej podróży było zrozumiałe. I w tej kąpieli zamordowała go brutalni i podstępnie, zaczaili się we dwoje, ona i jej gach, Ajgistios i zarąbali prawowitego króla siekierami, kiedy bezbronny zażywał kąpieli. Ciała się pozbyli i panowali sobie dalej. Agamemnona nawet nie miał kto pomścić, bo brat jego, Menelaos przezywał swój drugi miesiąc miodowy, gdzieś w dalekiej podróży i wieści żadne do niego nie dotarły, a syn jego Orestes, dziecięciem jeszcze był. Ale kiedy dorósł, powrócił do Myken i za namowa siostry, Elektry, któregoś dnia dokonał zemsty i zamordował własną matkę. Grzech to był ciężki, matkobójstwo, ale obowiązkiem syna było pomścić śmierć ojca. Nie łatwy miał wybór Orestes i nie małą zapłacił karę za swój postępek morderczy, ale w końcu mu bogowie wybaczyli uznając prymat ojcostwa nad macierzyństwem.

  1. Odyseusz

Najpóźniej do ojczyzny dotarł ten, któremu najbardziej się spieszyło. Odyseusz pierwszy załadował łupy na okręty i wypłynął spod Troi. Kiedy się zaczynała cała mobilizacja przed wyprawą najchętniej schowałby się gdzieś tak, by go wieści nie dosięgły, miał młodą żonę, która właśnie powiła mu synka, w Tace wiodło mu się dobrze i nie miał najmniejszej ochoty ruszać do boju, ale nie bardzo wiedział jak się wywinąć. Dziwie nieco taki brak pomysłowości u najprzemyślniejszego z Greków, który zdołał wywieść w pole wszystkich Traojan, sprowadzić Achillesa i wielu innych dokonać podstępów. Wygląda to więc na wyroki przeznaczenia, ze tym razem nie stało mu pomysłów i na wojnę ruszył. Niespokojny był przez cały czas i myślał o powrocie. Ale wytrwał do końca, z reszta czynnie się do tego końca przyczynił, bowiem to on właśnie był autorem pomysłu na konia trojańskiego. Kiedy tylko złupili, co mieli złupić, pognał Odyseusz wprost do Itaki, przynajmniej chciał wprost, bo niesprzyjające okoliczności tłukły nim po różnych wodach, tak, ze jego powrót przeciągnął się o dziesięć lat.

Liczne miał Odys przygody w swej dziesięcioletniej tułaczce, najpierw wiatry niepomyślne zagnały jego załogę do kraju Lotofagów, pięknej krainy, gdzie rosły lotosy. Ich ziarna miały nadzwyczajną moc, ktokolwiek ich skosztował, zapominał swe życie i nie chciał opuszczać tego miejsca. No i tak właśnie się stało, niektórzy z ludzi Odyseusza najedli się tego specyfiku i odechciało im się powrotu do swoich domów, musiał ich wódz przemocą na statki wciągać i do dalszej żeglugi przymuszać. Odyseusz spieszył się co prawda, ale ciekawość jego wrodzona, kazała mu do brzegów przybijać i krainy obce poznawać, taka właśnie ciekawość przywiodła go nad brzeg Morza Sycylijskiego, do krainy, gdzie mieszkał Polifrem i inni cyklopi. Chciał bohater trojański zapasy uzupełnić, widać mu brakowało, choć podróż ledwie się zaczęła, a i przygody zakosztować, postanowił więc wyjść na brzegi z cyklopem się zaznajomić. Kulturalnie wziął butelczyn wina parę i poszedł w gościnę. Gospodarza nie zastał, bo ten parał się owiec wypasaniem, więc do jaskini wszedł nieproszony i czekał, kiedy Polifrem powróci. Doczekał się ku swemu nieszczęściu, bowiem w obyczajowości cyklopów gościna jest pojęciem obcym. Ucieszył się tedy Polifrem, ze mu posiłek sam do jaskini przybył i w obawie by sam nie wybył z jaskini, zatrzasnął jej wejście głazem potężnym. Trzeba tu pokrótce przestawić fizjonomię owego jegomościa, który taką nieznajomością dobrych obyczajów się wykazała, otóż był Polifrem zwyczajem cyklopów ogromy w swej budowie, a na środku czoła posiadał jedno tylko oko. Odyseusz jednak nie stracił rezonu i zachował go nawet po tym, jak gospodarz pożarł część jego towarzyszy nawet ich wprzódy nie ugotowawszy. Przedstawił się nasz bohater sprytnie, mówiąc, iż na imię ma Nikt i dalejże rozmowę nawiązywać. Szybko się spostrzegł przemyślny Grek, ze inteligencja olbrzym nie grzeszy i w pole może się go udać wywieść. Upoił Polifrema tym, co mu w poczęstunku przyniósł i wykorzystał moment dogodny, gdy w jaskini rozbrzmiewało już potężne chrapanie olbrzyma, by płonącą pochodnia wypalić jedyne oko cyklopa, ryk straszliwy rozdarł powietrze, cyklop szalał, lecz w końcu się uspokoił i z nadejściem dzionka, musiał głaz odsunąć, by owieczki wypuścić. Odyseusz z garstka tych, co ocaleli, okryli się owczymi skórami i udając bydlątka razem z reszta stada opuścili niegościnne progi. Odyseusz umknął Polifrem zaś pytany o to, kto mu taką wyrządził krzywdę z uporem powtarzał, ze nikt. I wszystko byłoby się może i dobrze skończyło, gdyby syna Laetresowego nie poniosła ambicja i przed odbiciem, bezpieczny już na swym okręcie, nie zdradził cyklopowi prawdziwego swego imienia. Bał się może Odyseusz, ze mu taki wyczyn zostanie zapomniany i na kartach mitologii pozostanie zapisane, ze jakiś Nikt, tak sprytnie cyklopa przechytrzył. Wykrzyczał siec swoje imię: "Jam Odyseusz, syn Laetresa". I dostał za te przechwałki surową nauczkę. Polifrem bowiem był synem Posejdona, potężnego boga, któremu nierozsądnie było się narażać, szczególnie podczas żeglugi. Pomodlił się więc oślepiony olbrzym do ojca, by pomścił jego kalectwo i został wysłuchany. Posejdon nawet lubił wymierzać kary, toteż i Odyseuszowi nie kazał czekać długo na swa sprawiedliwość. Nieprzyjazne morskie fale zniosły okręty Odyseusza a drogi, jaką podążać zamierzał i uniosły w nieznane. Tułał się biedny trojański zwycięzca po nieznanych wodach, do różnych portów zawijał, a Posejdon nie zezwalał, by na właściwe tory powrócił.

Trochę szczęścia w tej żegludze też zaznał, ale ze szczęściem tak już bywa, ze okazuje się ulotne, podczas gdy pech znacznie bardziej jest uparty i wiernie człowiekowi towarzyszy. Ledwie bowiem Odyseuszowi powiały pomyślniejsze wiatry, już jego towarzysze zatroszczyli się, by się odmieniły. Z tymi wiatrami to rzecz dosłowna, bowiem miał szczęście przybić Odyseusz odo Eolii, krainy boga wiatrów. Uczta akurat odbywała się tam radosna z okazji zaślubin dwunastu synów Eola z jego dwunastoma córami. Uroczystość rodzinna do potęgi dwunastej. Nic dziwnego, ze król wiatrów w dobrym był nastroju, przyjął serdecznie podróżnych, a na odchodne dał im prezent piękny, mieszek zawiązany, o zawartości którego jeden tylko Odyseusz był poinformowany. Nie zdradził on załodze, jaki to skarb wiezie od Eola, jedynie zakazał do niego zaglądać. Podziałało to na ciekawskich żeglarzy, jak płachta na byka, i ledwie zmrok zapadł dopadli woreczka , by się przekonać, co za cudo otrzymał ich przywódca. W woreczku siedziały wszystkie złe watry, które Eol zaklął i w mieszku zamknął, by szczęśliwie mógł Odyseusz do Itaki powrócić. A teraz się wszystkie te niepomyślne wietrzyska na wolność wyrwały i poczynały sobie z okrętami Odyseuszowej wyprawy śmiało.

Zagnały go owe wiatry do krainy Lajstrygonów, gdzie gościnność panowała podobna do manier cyklopów. Od razu na wstępie król owego ludu okrutnego zjadł jednego z towarzyszy Odyseusza, podobnież jak Polifrem na surowo, nawet nie popijając. Trzeba było uciekać czym prędzej, zbiegli wiec szybko do wybrzeża, gdzie cumowały ich okręty, lecz zawzięci Lajstrygoni zaczęli obrzucać ich ciężkimi głazami i pogruchotali im statki kompletnie, jeden tylko ocalał okręt, ten, na którym podróżował sam Odyseusz. W dalszą podróż ruszył już znacznie okrojony z załogi, łupów i okrętów. Trzeba było poszukać jakiejś przystani, by straty odrobić, naprawić, o się dało i siły zebrać.

Szukając miejsca na postój chwilowy i regenerację sił przybili do jakieś wyspy. Poprzednie doświadczenia trochę ich już nauczyły ostrożności i nieufności względem powszechnego przestrzegania praw gościnności. Toteż wysłał Odyseusz tylko część ze swych nielicznych już towarzyszy, by zrobili rekonesans na wyspie, podczas gdy on z resztą załogi przystąpił do owych niezbędnych napraw sprzęty pływającego. Po jakimś czasie jeden z wysłanych powrócił przerażony i doniósł, ze pozostali to świnie. Rzecz miała się tak, ze dotarli oni do stojącego w głębi wyspy pałacu, pięknego i dziwnego dość. Niecodzienne tam panowały porządki, jedna tylko mieszkała w nim panna, piękna Kirke, a wokół jej zamku przechadzały się dzikie bestie wyjątkowo potulne, n przykład wilki oswojone i do zabaw skore. Zadziwili się przybysze, ale ulegli zaproszeniu gospodyni, chętnie z poczęstunku skorzystali i tak jakoś nieostrożnie dali się zaprowadzić do obory, gdzie czarodziejską swą różdżką uczyniła z nich Kirke świnie, na dodatek świnie siedmioletnie. Nic dziwnego, że nie spodobała się Odyseuszowi opowieść i gniewem zapała ku owej gospodyni. Miał szczęście, bo ruszył dość pochopnie z mieczem na czarodziejkę, aa jak wiadomo powszechnie na czary miecz nie jest bronią żadna, miał więc szczęście, ze po drodze zatrzymał go Hermes i podarował cudowne ziele, które uczyniło bohatera odpornym na czary wszelakie. Wtargnął Odyseusz do pałacu, tam przyjęty został pięknie, czarodziejka dała mu własne ziółka i trochę się zdziwiła, że żadnego na nim nie robią wrażenia, wtedy przyczaiła się z różdżką, która widać miała moc większa, ale na hermesowe ziele byłą za słaba. Podniósł więc bohater trojański miecz i zagroził czarodziejce, ze się z nią rozprawi., na ten widok Kirke znacznie spokorniała, odmieniła towarzyszy, których wcześniej pozamieniał w wiadome stworzenia i całkiem mile ugościła. Spodobało się wszystkim to nowe oblicze czarodziejki, podobało się też życie na wyspie w spokoju i dostatku. Nawet Odyseusz spieszył się jakby mniej, tak, ze rok cały spędzili na tej wyspie. Może posiedzieliby i dłużej, ale Odyseusz jednak nie zapomniał całkiem o powrocie i zmusił towarzyszy, by opuścili czarodziejskie pielesze. Przed wyjazdem czarodziejka zdradziła Odyseuszowi boskie wyroki względem jego osoby. Otóż nim dotrze do Itaki, musi najpierw udać się daleko na zachód, do miejsca, gdzie zaczyna się świat podziemny, wywołać z niego duszę Tejrezjassza, sławnego wieszcza i z jego uznać poznać swą przyszłość i swoje przeznaczenie. Potem dopiero może ruszać dalej. Widział Odyseusz, ze nie ma co sprzeciwiać się woli bogów, choćby tak nieatrakcyjnej jak wypad do piekła, toteż posłusznie skierował swój statek na zachód.

Nie łatwo było odnaleźć miejsce, Koreo unikali wszyscy żywi. W gaju Persefona był takie miejsce, którym przedostawały się dusze zmarłych do swego świata. Tam też wykopał Odyseusz dół wielki (mieczem! jak podaje mitologia). Odprawił nad nim skomplikowane obrzędy, po czym nalał do niego krwi świeżej z owiec czarnych. Wiadomo bowiem powszechnie, ze upiory do krwi lęgną, a jak się napiją odzyskują pamięć przeszłych wydarzeń, która trącą po wypiciu wody z rzeki Lete. I tym razem nie było inaczej, zapach krwi zwabił liczne duszyczki spragnione, jednak Odyseusz czekał na jedna tylko pozostałe brutalnie mieczem odpędzał. Nadszedł wreszcie Tejrezjasz, jakoś jego duszę zdołał Odyseusz w tłumie innych dusz rozpoznać i pozwolił mu krwi zażyć. Posiliwszy się ta, Tejrezjaszowa dusza wyjawiał Odyseuszowi , co następuje. Otóż pisane jest naszemu przebiegłemu bohaterowi tułać się jeszcze długo po wodach obcych, ale w końcu dotrze do celu, czyli Itaki. Tu trochę ulżyło słuchającemu, ale ciąg dalszy nie był szczególnie zachęcający. Bowiem bogowie nakazują mu opuścić rodzinne strony i raz jeszcze udać się w daleka wyprawę. Odyseusz ma żeglować , a potem pójść tak daleko, aż dotrze do ludu, który nie zna kultu boga Posejdona i tam właśnie ów kult ustanowić. To mu Posejdon wreszcie przebaczy, choć chyba nie całkiem, bo śmierć i tak przyjdzie do Odyseusza z morza. Na koniec rada, jak poznać, ze dane plemię nie zna Posejdona, otóż trzeba wędrować z wiosłem przerzuconym przez plecy, tak długo, aż ktoś zagadnie, po co taka mała łopata. Oznacza to, iż ktoś ów pochodzi z ludu, który nie widział wiosła, bo i nie żeglował nigdy, a jak nie żeglował, to nie zna morza, a kto morza nie zna, ten i Posejdonowi czci nie oddaje, bo niby po co. Tak pouczony Odyseusz pozwolił innym duszom zaczerpnąć trochę krwi z źródła pamięci, spotkał tu innych bohaterów spod troi, którym nie dane było zakosztować trudów powrotu do domu, bo polegli w bitwie, był tam i nieustraszony Achilles i dzielny Ajaks, pojawił się Patoklos i Antilochos. Wiele dusz ściągnęło, by pochłeptać trochę. Ciekawość Odyseusza popchnęła go nawet do tego, żeby wetknąć głowę w otwór piekielny i zobaczyć co tam w środku. Napatrzył się na władców tego podziemnego świata, widział Minosa, który umarłych sadzi, widział ducha Oriona, uganiającego się za duchami zwierzyny łownej, widział i innych, o których wspomina mitologia, jak odbywają swe piekielne katusze za grzechy życia doczesnego. Napatrzył się Odyseusz na podziemną sprawiedliwość i znów wsiadł na okręt, z nadzieja, ze zgodnie z boskim wyrokiem w końcu do domu dotrze.

Ale nie prędko miał się ziścić jego pomyślna wróżba, pierwej musiał jeszcze trochę tułaczki poużywać. Pierwsze swe morskie kroki skierował na wyspę Kirke, bo wszystkim tam było dobrze, a zapasy trzeba było uzupełnić, raz jeszcze otrzymał od niej bezcenne rady na dalszą drogę, czarodziejka zdradziła mu, jak przepłynąć przez ławicę Syren i ja przedostać się przez cieśninę między Scyllą i Charybda.

Syreny to morskie mieszkanki, nieco inne niż nasza warszawska, przynajmniej w połowie inne, tam gdzie nasza warszawska ma część rybią, one miały część ptasią. Także natura ich byłą przewrotna, pięknie śpiewały te do pół panny morskie a do pół drapieżne paki. Tak cudne posiadały głosy, ze żeglarze zapominali o żeglowaniu i tylko słuchali upojeni doskonałym wdziękiem, nawet ci, którym słoń na ucho nadepnął nie mogli pozostać obojętni na takie piękno muzyczne i wszyscy jak jeden mąż wpadali na skały i rozbijali się nieodmiennie. Odyseusz za radą Kirke, pozaklejał woskiem uszy całej załodze, żeby znieczulić ja na owe pienia syrenie, sam zaś chciał zakosztować tego rarytasu, kazał siec przywiązać się do masztu i nie zważać na swe protesty. Tak to załoga zgodnie żeglował między syrenami, które wabiły pięknymi swymi głosami jak mogły, i pewnie trochę się dziwiły, ze ci żeglarze tacy nieczuli. Jeden tylko zachowywał się dziwnie, przywiązany do masztu próbował się wyrwać. Ale się nie wyrwał i tak został jedynym żyjącym , który słyszał syreni śpiew.

Daleko nie upłynęli, jak zastała ich kolejna przeszkoda, cieśnina między dwoma potworami, Scylla, która pożerała, cokolwiek ruszało się na pokładzie i Charybdą, która wciągała prawie całe morze do swej gardzieli przeogromnej i wypluwał tylko to, co nie dawało się zjeść. Trudno nazwą to wyjście sprytnym, ale Odyseusz zdecydował się podpłynąć do Scylii, poświęcić jej żarłocznym zapędom sześciu towarzyszy, bo tyle miała paszcz paskudna bestia i w tym okrojonym składzie popłynąć dalej.

Ledwie udało im się jakoś przetrwać te niebezpieczeństwa znów nabroili. Przybili bowiem do wysp, gdzie pały się święte byki, poświecone Heliosowi. Odyseusz nie chciał się narażać bogowi, ale załoga była głodna i jej też nie chciał się narażać. Żeglarze zeszli na lad i objedli się świętym mięsem, należącym do boga słońca. Odyseusz nie jadł. I to go ocaliło. Rozgniewany bóg zesłał wielką burzę, która rozbiła okręt i tylko kapitan, w mało dumnej pozie, bo siedząc okrakiem na jakiejś przypadkowej belce, dryfował powoli do brzegu.

Belkę wraz z bohaterem wyrzuciło morze na wyspę Ogigię, na wsypie tej mieszkała nimfa Kalipso. Żywot jej samotny dłużył się , toteż ucieszyła się bardzo, znajdując któregoś dnia na swej wyspie jeszcze żywego pięknego mężczyznę. Zaopiekował się nim z przesadna troskliwością. Dogadzał mu we wszystkim, podawał mu nawet nektar ambrozje, by uczynić go nieśmiertelnym. Toteż przez siedem lat, bo tyle zabawił nasz bohater, bardzo się dotąd spieszący, na gościnnej wsypie, nie zestarzał się ani troszeczkę. Przeciwnie, wypiękniał jeszcze ku uciesze samotnej nimfy. Co dokładnie działo się na wyspie, mitologia przemilcza, ale niewątpliwie Odyseusz nie dochował swej wiernej marzone Penelopie wierności, bo niektóre podania wspominają nawet o potomku, który wówczas właśnie został poczęty. Odyseusz tęsknił, ale siedem lat mu zleciało. Dopiero bogowie musieli interweniować, bo opieszałość bohatera gotowa była pozmieniać wyroki przeznaczenia. Zeus przysłał Hermesa na zapomina wyspę i kazał mu obwieścić swa wolę - Odyseusz ma wracać do Itaki. Kalipso płakała, Odyseusz się ociągał, choć trochę mu się ten romans już dłużył. I tak po blisko dziesięciu już latach wędrówki, z czego przynajmniej osiem spędził wygonie żyjąc to u jednej nimfy to u drugiej czarodziejki, bohater trojański znów wszedł na okręt, a dokładniej tratwę, która sam zbudował i ruszył znów na morze.

Ledwo wypłynął dopadała go klątwa Polifrema, czyli gniew Posejdona. Znów zerwała się burza i znów popłynął Odys nie tam gdzie chciał. Wyrzuciło go morze, tym razem na wyspę Scherię, zamieszkiwaną przez Feaków. Lud bogaty i słynny ze swych rączych okrętów. Tu zaczyna się akcja homerowej "Iliady" wyrzucony przez morze Odyseusz trafia za sprawą dzielnej księżniczki Nauzykii, która nie ulękłą się jego nagości, do pałacu króla Alkinoosa i tu opowiada swe dzieje. Dzieje te już znamy, przejdźmy więc do finału. Wzruszyły Feaków opowieści dzielnego podróżnika i zachciało im się dopomóc mu w tej wędrówce, która doskonałym żeglarzom musiała się wydać nieco żałosna, bowiem ich statki zawsze dobijały do tych brzegów, do których chcieli, a Odyseuszowi wręcz przeciwnie. Toteż kiedy strudzony bohater zasnął snem ciężkim załadowano go na statek, jeden z tych, które nigdy nie błądzą i wraz z bogatymi darami, które swa wartością przewyższały znacznie łupy z Troi wiezione, odesłali go wprost do Itaki. Taka już bal prawidłowość Odyseuszowej podróży, ze do brzegów przybywał nieświadomie. Tym razem wreszcie dotarł do celu, kiedy się obudził nie mógł poznać, ze oto jest na swej ojczystej ziemi.

Dalsze wypadki potoczyły się już bardzo pomyślnie, wersji jest kilka, mniej i bardziej skomplikowanych. Przytoczmy więc taką mniej skomplikowaną. Otóż Odyseusz, dzięki pomocy Ateny wkracza do domy w żebraczym przebraniu i widzi jaka jest sytuacja. Jego majątek prawie całkiem roztrwoniony, bo od kilku lat ucztują tu najróżniejsi zalotnicy, starający się o rękę jego żony, którą jednogłośnie uznali za wdowę. Żonę jego, wierna Penelopa, opiera się tym zabiegom , jak może, knuje, kombinuje i w cnocie czeka na niewiernego męża. Nic dziwnego, że jej wierność stała się słynna na cały świat, Kitajmestra już dawno żyła z gachem, Helena nie czekała ze zdrada nawet na rozpoczęcie wojny, Odyseusz używał sobie wśród nimf, a Penelopa czekała. Doczekała się wreszcie, bo Odyseusz rozprawił się z zalotnikami dosyć szybko i nieubłaganie. Wymordował wszystkich. Tak kończy się jego historia, dalszy jej ciąg toczyć się musiał zgodnie z tym, co przepowiedziała mu dusza Tejrezjasza, a więc po jakimś czasie spokojnego życia u boku Penelopy musiał ruszyć szukać owego plemienia, które nie czci Posejdona, a potem wrócić znów na swą wyspę i tu czekać śmierci z morza.