Czarodziejska góra - streszczenie szczegółowe
"Czarodziejska góra" tom 1 streszczenie
ROZDZIAŁ I
„Przyjazd”
Główny bohater, Hans Castorp, młody inżynier z Hamburga, wyrusza do Davos. Celem wizyty są odwiedziny chorego na gruźlicę kuzyna Hansa – Joachima Ziemssena, przebywającego w sanatorium „Berghof”. Podróż jest długa i coraz trudniejsza, zwłaszcza od momentu przesiadki na kolejkę wąskotorową, która mozolnie wspina się w Alpy. Narrator mocno akcentuje, że sama droga w górę działa na psychikę bohatera powieści, oddzielając go od „normalnego” życia. Przestrzeń zaczyna działać jak czas: oddala obowiązki, przyzwyczajenia i poczucie zakorzenienia.
Młody Hans Castorp początkowo traktuje wyjazd jako krótki epizod przed rozpoczęciem pracy w stoczni „Tunder & Wilms”. Jednak wysokość, surowy krajobraz i obce powietrze wywołują w nim niepokój i lekkie poczucie zagrożenia. Zauważa, że zostawia pod sobą nie tylko ojczyznę, ale cały dotychczasowy porządek życia.
W Davos-Wieś odbiera go kuzyn Joachim, który mimo choroby wygląda zdrowo i wojskowo. Już w pierwszej rozmowie ujawnia się różnica między nimi: Hans myśli kategoriami „trzech tygodni”, Joachim kategoriami „miesięcy leczenia”. Joachim mówi o czasie w sanatorium jako o czymś płynnym i rozciągliwym, a także o konieczności aklimatyzacji. Wspomina lekarza Behrensa i realia leczenia, używając medycznych określeń dotyczących własnych płuc.
Podczas jazdy powozem Hans zachwyca się widokami, lecz Joachim reaguje znużeniem. Dla niego góry nie są romantyczne, lecz stanowią przestrzeń przymusowego pobytu. Padają pierwsze sygnały oswojenia ze śmiercią: Joachim mówi o transportowaniu zimą zwłok na saniach. Ton sanatorium od początku łączy zwyczajność z tematyką choroby i śmierci. Podrozdział kończy się przyjazdem do „Berghofu”.
„Nr 34”
Hans zostaje zaprowadzony do swojego pokoju numer 34. Już pierwsze chwile w sanatorium pokazują, że to miejsce rządzi się osobnymi regułami. Goście leżą godzinami na balkonach w ramach kuracji powietrznej, także wieczorami. Hans reaguje na to niedowierzaniem.
Pokój jest jasny i schludny, ale Joachim mimochodem informuje, że dwa dni wcześniej zmarła w nim Amerykanka, a pomieszczenie odkażono formaliną. Śmierć jest tu traktowana rzeczowo, niemal administracyjnie. Hans przyjmuje tę informację uprzejmie, lecz z widocznym roztargnieniem.
Bohater powieści Tomasza Manna zaczyna odczuwać fizyczne skutki wysokości: marznie, ma rozpaloną twarz i czuje się dziwnie. Joachim tłumaczy to klimatem i procesem aklimatyzacji. Widać już, że Hans jest bardziej wrażliwy na otoczenie, niż sam zakładał.
Kulminacją podrozdziału jest moment, gdy Hans słyszy straszliwy kaszel jednego z pacjentów. Dźwięk robi na nim ogromne wrażenie, bo po raz pierwszy styka się z realnością ciężkiej choroby. Opisuje go jako „żywy kaszel”, jakby zaglądało się do wnętrza człowieka pełnego rozkładu. Joachim reaguje obojętnie – dla niego to codzienność.
Podrozdział kończy się wejściem do jadalni, a Hans jest już wyraźnie poruszony atmosferą miejsca, choć jeszcze nie zdaje sobie sprawy, jak bardzo to środowisko go wciągnie.
„W restauracji”
Restauracja w „Berghofie” służy nowo przybyłym i tym, którzy jedzą poza stałymi godzinami; odbywają się tu też małe sanatoryjne uroczystości. W sali siedzi tylko jedna kobieta, jedząca w izolacji z książką; Joachim wyjaśnia, że od młodości żyje po sanatoriach i właściwie nie wróciła już do normalnego świata. Jest to Rosjanka, Clawdia Chauchat, choć jej nazwisko pada dopiero później.
Hans i Joachim jedzą kolację. Hans je dużo z przyzwyczajenia, choć nie ma apetytu, Joachim prawie nie je, ale chętnie pije wino i cieszy się rozmową z kimś „z dołu”. Mówi, że czas w sanatorium płynie dziwnie i że to „nie jest życie”. Hans marznie, ma rozpaloną twarz i czuje niepokój, a rozmowa staje się coraz bardziej ożywiona.
Joachim opowiada o realiach sanatorium, znów o zwożeniu zwłok i o kuracjuszach, m.in. o pani Stöhr przekręcającej słowa. Obaj śmieją się do łez, po czym Joachim nagle mówi o swojej frustracji: traci młodość i karierę wojskową, tkwiąc tu bez końca. Hans jest już tak zmęczony, że zaczyna przysypiać.
W hallu poznają dra Krokowskiego, bladego, czarnobrodego lekarza od „analizy duszy”. Hans podkreśla, że jest zdrowy i przyjechał tylko na trzy tygodnie, oraz odrzuca opiekę psychiczną, co brzmi niezręcznie. Krokowski żegna go z ironiczną uprzejmością.
W pokoju Hans szybko zasypia. Przypomina sobie, że w tym łóżku ktoś umarł, ale bagatelizuje to. Śni o bobslejach ze zwłokami, o Joachimie i o zasłyszanych absurdach sanatoryjnych. Sen Hansa Castorpa miesza śmiech z lękiem. Budzi go dopiero szary poranek.
ROZDZIAŁ II
„O chrzcielnicy i o dziadku w dwojakiej postaci”
Hans Castorp prawie nie pamięta domu rodziców, bo matka i ojciec umierają, gdy ma kilka lat. Matka pada nagle martwa w ciąży (w wyniku zatoru po zapaleniu żył). Ojciec, zdruzgotany, pogarsza interesy i wkrótce sam umiera na zapalenie płuc. Potem umiera też dziadek, senator Hans Lorenz Castorp, u którego chłopiec mieszkał.
U dziadka życie ma rytm i ceremoniał: codzienne obiady, stary służący Fiete, surowa powaga domu. Najważniejszym „skarbem” w gabinecie jest chrzcielnica: srebrna miseczka i stary talerz z datą 1650, z wygrawerowaną listą właścicieli. Dziadek pokazuje ją Hansowi i opowiada, jak chrzczeni byli kolejno: Hans, jego ojciec i sam dziadek. Dla chłopca ten rytuał działa jak hipnoza: czuje ciągłość rodu, ciężar przeszłości, religijną powagę i jednocześnie kojący spokój.
Dziadek występuje u niego „w dwojakiej postaci”: jako realny, staromodny, surowy starzec z codzienności oraz jako wzniosła figura z portretu w dawnym urzędowym stroju, która w oczach Hansa jest „prawdziwsza” i bardziej godna.
Gdy dziadek umiera na zapalenie płuc, Hans ogląda go w trumnie i po raz trzeci w krótkim życiu styka się ze śmiercią. Wtedy rozpoznaje jej dwie strony: uroczystą, religijną (krzyż, świece, kwiaty) oraz drugą, cielesną i zawstydzającą (martwe ciało jak „woskowa figura”, zapach, mucha na czole). Kwiaty, szczególnie tuberozy, mają tę drugą stronę przykryć, ale nie potrafią jej unieważnić. Po pogrzebie Hans znów zmienia dom i otoczenie, co wzmacnia w nim poczucie, że ciągłość życia jest raczej formą niż rzeczywistą treścią, a w środku wciąż coś się urywa.
„O pobycie u Tienapplów i obliczu duchowym Hansa Castorpa”
Po śmierci ojca i dziadka Hans trafia pod opiekę konsula Tienappla. Materialnie ma zapewniony luksus i stabilność, bo wuj sprzedaje majątek, likwiduje firmę „Castorp i Syn” i lokuje dla niego ok. 400 tys. marek, przy okazji regularnie pobierając 2-procentową prowizję.
Dom Tienapplów to przestrzeń „porządku i sytości”: ogród, eleganckie posiłki, rygor codzienności, chłodny protestancki etos. Hans dostaje namiastkę matki w osobie panny Schalleen, a zdrowie „wzmacnia” mu się codziennym porterem na anemię. Z jednej strony jest sprawny fizycznie (tenis, wiosła), z drugiej ma w sobie skłonność do „zagapiania się” i miękkiej bierności. Lubi wygodę, drobne rytuały, dobre jedzenie, papierosa, cygaro „Maria Mancini”, perfekcyjnie upraną bieliznę, perfumowaną wodę do palców. To portret człowieka, który nie jest ani wybitny, ani głupi: działa poprawnie, bez pasji, raczej „przepycha się” przez szkołę i wybory.
Narrator dopowiada „oblicze duchowe”: Hans w gruncie rzeczy żyje w epoce, która każe czcić pracę jak religię, ale nie daje poczucia sensu, więc u ludzi takich jak on rodzi się wewnętrzny paraliż. Hans szanuje pracę, lecz jej nie lubi, bo go męczy i odbiera mu to, co naprawdę kocha: wolny czas i komfort.
Zawód wybiera trochę siłą okoliczności: okręty go fascynują, a wpływowi znajomi podpowiadają mu studia z budowy okrętów i późniejszą praktykę w „Tunder & Wilms”. Studiuje rzetelnie (choć bez ognia), technicznie jest dobry w rysunku i „konkretnym” myśleniu. Miasto widzi w nim przyszłego gracza publicznego, ale on sam jest „niezapisany”, bez politycznej tożsamości.
Po intensywnej nauce do egzaminu wygląda gorzej, więc lekarz zaleca gruntowną zmianę klimatu. Tienappel wysyła go w góry i sugeruje, by przy okazji odwiedził kuzyna Joachima, który poważnie choruje na płuca i od pięciu miesięcy siedzi w Davos. Hans jedzie na trzy tygodnie. To punkt wyjścia do „Przyjazdu”.
Rozdział III
„Godne zasępienie się”
Hans Castorp budzi się wcześniej, mimo zmęczenia. Robi swoją pedantyczną, „kulturalną” toaletę, goli się i z poczuciem wyższości wspomina absurdalne sny. Rano daje mu chwilową świeżość.
Wychodzi na balkon: chłodny, mglisty poranek w Davos, przebłyski słońca, muzyka z doliny. Słucha jej jak środka uspokajającego, wpada w typowe dla siebie „zagapienie się”. Zauważa ogród sanatorium i starszą kobietę w czerni, chodzącą nerwowo jak tragiczna aktorka. Ten widok budzi w nim współczucie i cień niepokoju.
Nastrój psują mu jednak odgłosy z pokoju obok, dochodzące od rosyjskiego małżeństwa. Najpierw próbuje to sobie niewinnie wytłumaczyć, ale szybko rozpoznaje erotyczną scenę: gonitwę, śmiechy, pocałunki, walc w tle, aż wreszcie „akt zwierzęcy”. Reaguje typowo dla siebie: „godne zasępienie się”, czyli moralna mina, która ma go odgrodzić od tego, co słyszy, choć w praktyce dalej słucha.
Wściekły na cienkie ściany i „oszczędne budownictwo”, oburza się też, że chorzy „nie mają wstydu”. Przy okazji wracają mu wypieki i palenie twarzy; próbuje chłodzić je zimną wodą, co tylko pogarsza sprawę. Gdy Joachim puka po śniadanie, Hans odpowiada już wyraźnie rozdrażniony i wcale nie wygląda na wypoczętego.
„Śniadanie”
Joachim przychodzi po Hansa rano i pyta o pierwszą noc. Hans narzeka na przykre sny i „zbyt akustyczny” dom, dopytuje o czarną kobietę z ogrodu. Joachim wyjaśnia, że to „Tous-les-deux” – Meksykanka, matka dwóch synów; starszy jest beznadziejnie chory i umiera, młodszy przyjechał zdrowy, ale na miejscu nagle ciężko zachorował. Kobieta chodzi w kółko i odpowiada tylko „tous les deux”.
Schodzą na śniadanie. Hans jest nerwowy, bo czuje wypieki i „mętne spojrzenie”. Prosi Joachima, żeby ewentualnie przedstawił go tej Meksykance, ale kategorycznie nie chce znać „barbarzyńskiego” rosyjskiego małżeństwa z pokoju obok. Joachim uspokaja: siedzą daleko, przy gorszym „rosyjskim stole”, a w sanatorium i tak trudno o znajomości.
W jadalni Hans zostaje przedstawiony współbiesiadnikom (zapamiętuje głównie panią Stöhr, która sprawia wrażenie osoby głupiej i niekulturalnej). Opisuje obfite śniadanie i obserwuje mieszankę gości: jedni pogodnie plotkują o temperaturze i pogodzie, inni siedzą odrętwiali. Zwraca uwagę na karlicę-kelnerkę, brzydką Angielkę, chorobliwie chudą dziewczynę i młodzieńca, który demonstracyjnie nie chce kontaktu. Drażni go też trzask drzwi, na który reaguje złością.
Kuzyni wychodzą, ale wpadają na Behrensa i Krokowskiego. Behrens wita Hansa rubasznie, od razu ogląda mu oko i stwierdza wyraźną anemię. Żartuje z Joachima, że nie ma „talentu do chorowania” i ciągle chce uciec, chwali za to sanatorium i „ładne panie”. Radzi Hansowi przez pobyt żyć jak lekko chory na gruźlicę: spacery na krótko, mierzenie temperatury, „wzbogacanie się w białko”. Joachima instruuje wojskowo, żeby skrupulatnie zapisywał wyniki, po czym lekarze idą dalej na obchód.
„Przekomarzanie się. Wiatyk. Zmącona wesołość”
Hans i Joachim idą na spacer po śniadaniu. Hans zachwyca się Behrensem i wygłasza tyradę o cygarach, Joachim zbywa to: „cywil”. Po drodze grupa kuracjuszy robi Hansowi numer: dziewczyna „gwiżdże” na niego, co okazuje się sztuczną odmą (azotem wprowadzanym w celu unieruchomienia chorego płuca) i żartem „Stowarzyszenia Jednego Płuca”. Hans przechodzi od oburzenia do śmiechu, ale zaraz czuje się źle: cygaro mu nie smakuje, wracają wypieki.
Siadają, Hans pyta o zgony. Joachim mówi, że śmierć w sanatorium ukrywa się dyskretnie, i opowiada scenę z wiatykiem dla młodej Barbary Hujus: krzyczy z przerażenia, chowa się pod kołdrę, wierzga, ale sakrament i tak dostaje. Pada też brutalna anegdota o Behrensie, który potrafi wrzasnąć na konającego „Niech się pan tak nie stawia”, a ten umiera spokojnie. Hans oburza się, po czym wybucha nerwowym śmiechem, który Joachim ucina, bo podchodzi obcy mężczyzna.
„Satana”
Hans i Joachim spotykają na spacerze Lodovica Settembriniego, włoskiego literata. Jego wygląd łączy elegancję z zaniedbaniem, co budzi w Hansie mieszane odczucia. Settembrini od początku prowadzi rozmowę ironicznie i retorycznie: mówi o sanatorium jak o „królestwie cieni”, a lekarzy nazywa Minosem i Radamantysem, sędziami dusz. Zaskakuje go, że Hans jest tylko gościem na trzy tygodnie, bo tu czas liczy się w miesiącach i latach.
Dowiedziawszy się, że Hans studiuje budowę okrętów, chwali świat pracy i rozumu, choć sam deklaruje się jako humanista i uczeń poety Carducciego. Przywołuje też hymn do Szatana jako symbol buntu i rozumu przeciw ciemnocie, co brzmi dla Hansa dziwnie i trochę kaznodziejsko. Rozmowa schodzi na tytoń, anemię Hansa i rady Behrensa; Settembrini kpi z lekarza, jego nałogów i melancholii.
W drodze powrotnej Włoch pokazuje się jako ironiczny obserwator i plotkarz: szydzi z lekarzy, z komercjalizacji kuracji i z obyczajów sanatoryjnych. Jednocześnie ujawnia swój program: humanizm, krytycyzm, pedagogiczne „wychowywanie” ludzi przez rozum i kulturę. Hans bawi się jego opowieściami, ale widzi też jego lekkomyślność i gadatliwość. Od Joachima dowiaduje się potem, że Settembrini jest przewlekle chory i niezamożny, od lat wraca do sanatorium.
„Bystrość umysłu”
Joachim zaczyna „werandowanie”: mierzy temperaturę, zapisuje wynik w tabelce, uczy się rosyjskiego i kładzie się na balkonie pod kocem, potem pod parasolem. Hans czeka, podgląda życie sanatorium i wdaje się z Joachimem w krótką, nagle zbyt „filozoficzną” dyskusję o czasie. Joachim sprowadza go na ziemię: ma 37,5 i złości go choroba oraz to, że przez kilka kresek „musi tu siedzieć”.
Hans też kładzie się na leżaku, zachwyca się wygodą, odpoczywa. Po godzinie gong wzywa na drugie śniadanie: w sali króluje mleko, Hans zamiast tego bierze ciemne piwo. Jest jeszcze syty, więc prawie nie je, ale zaczyna rozpoznawać ludzi: widzi Settembriniego, „Stowarzyszenie Jednego Płuca”, rosyjskie małżeństwo (to, którego nie chce znać), i obserwuje je z zaskakującą dla siebie bezwzględnością.
Piwo działa na niego mocniej niż zwykle: oszołomienie, ciężkie powieki, wypieki, spłycony oddech, kołatanie serca, trudność w mówieniu, a nawet w poruszaniu głową. Dostrzega też, że przy stole pojawia się dr Krokowski, który mu się przygląda. Hans zachowuje pozory, milczy i wychodzi z Joachimem. Myśli Hansa Castorpa koncentrują się właściwie tylko na jednym: jak najszybciej wrócić na leżak.
„O jedno słowo za wiele”
Hans i Joachim schodzą do Davos na krótki spacer. Hans próbuje palić cygaro, ale nadal czuje jego nieprzyjemny smak i rezygnuje. Jest rozkojarzony, nie potrafi już wrócić do swoich rozważań o czasie, za to niepokoi go własne ciało: bez powodu przyspieszone bicie serca i wrażenie, że organizm działa niezależnie od woli. Joachim porównuje to do stanu gorączkowego. Dzięki inicjacyjnemu doświadczeniu cielesności Hans uświadamia sobie, że filozoficzne pojęcia nie stosują się do ludzkiej egzystencji.
Rozmawiają o kuracjuszach z ich stołu. Hans lekceważąco ocenia niektórych, myli imię Marusi, która mimo zdrowego wyglądu jest ciężko chora, co wyraźnie dotyka Joachima. Idąc główną ulicą, mijają międzynarodowe towarzystwo i sklepy. Przy Kurhausie obserwują grę w tenisa; Joachim wyjaśnia, że pacjentom właściwie nie wolno takich aktywności, bo ich „zawodem” jest leżenie i kuracja, choć zakazy bywają łamane.
Hans czuje się coraz gorzej: ma duszność, kołatanie serca, narastającą senność i rozbicie. W drodze powrotnej potyka się ze zmęczenia. Po powrocie do sanatorium kładzie się na leżaku i zapada w półsen, nadal odczuwając niespokojne bicie serca.
„Naturalnie, kobieta!”
Hans zasypia przed obiadem i z trudem daje się sprowadzić do jadalni. Przy stole toczy się zwykłe sanatoryjne życie: plotki pani Stöhr, milczący i chorzy współbiesiadnicy, obfity, łapczywie jedzony posiłek.
Trzask drzwi zwraca uwagę Hansa: widzi młodą kobietę z jasnymi warkoczami i nieładnymi dłońmi. To Madame Clawdia Chauchat. Jej pojawienie się robi na nim silne wrażenie.
Po obiedzie Hans wraca na leżak, osłabiony, z kołataniem serca i nawet ze śladem krwi na chusteczce. Pali cygaro i w półśnie dziwi się własnemu stanowi, podenerwowany i rozkojarzony.
„Pan Albin”
Na leżalni młody kuracjusz, pan Albin, drażni towarzystwo, bawiąc się nożem i rewolwerem. Oświadcza, że trzyma broń na wypadek samobójstwa, bo jest rzekomo nieuleczalnie chory i ma dość życia w sanatorium. Kobiety próbują go uspokoić i odwieść od takich myśli.
Hans słucha tego z niepokojem, ale też z dziwną zazdrością o „wolność” kogoś, kto niczego już nie musi i jakby wypadł z normalnych reguł życia. Ta myśl jednocześnie go pociąga i przeraża.
„Szatan robi niegodne propozycje”
Hans mdleje i budzi się na werandzie. Krokowski robi obchód, omija Hansa i idzie do Joachima, co Hansa drażni, bo „zdrowy” w sanatorium okazuje się nieważny. Hans jest coraz bardziej rozbity: dreszcze, wypieki, zimno, potem znowu je i pije ponad miarę, ma poczucie odurzenia i paranoiczne wrażenie, że Marusia się z niego śmieje. Wieczorem w hallu ogląda zabawki optyczne, widzi Albina przy kartach i rosyjskie towarzystwo z Madame Chauchat. Settembrini zagaduje go, a Hans bredzi, myli wątki, nie pamięta wieku. Settembrini proponuje, żeby Hans po prostu wyjechał, ale Hans z uporem odrzuca to jako tchórzostwo.
W nocy Hans nie może spać: słyszy sąsiadów, ma gonitwę myśli, wraca temat zazdrości Joachima o Marusię. Śnią mu się Behrens, Krokowski, Settembrini i inni. Kluczowy moment następuje wtedy, gdy uświadamia sobie, kogo przypomina mu Chauchat, i śni o niej w scenie, w której podaje mu rękę do pocałowania. Budzi to w nim „rozkosz” i poczucie upadku, jakby pociągała go ta strona „hańby”, o której wcześniej myślał.
Rozdział IV
„Niezbędne zakupy”
Drugiego dnia pobytu Hansa w sanatorium panuje pełnia lata, trzeciego nagle załamanie: zimny wiatr, burza i w sierpniu sypie śniegiem. Hans jest w szoku, Joachim tłumaczy, że w Davos pory roku się mieszają i śnieg może spaść w każdym miesiącu. Hans, w kaloszach i płaszczu, idzie z Joachimem do Davos kupić dwa wielbłądzie koce do werandowania (worka futrzanego nie chce, ponieważ oznaczałoby to decyzję: „zostaję na dobre”). Wracając spotykają Settembriniego, który narzeka na zimno i szydzi z „zasad kuracji” jako wygodnych dla interesów zakładu. Rozmowa schodzi na chorobę i „głupotę”: Hans mówi o pani Stöhr i swoim dylemacie, Settembrini ucina, że choroba nie jest żadną nobilitacją, tylko poniżeniem, po czym wygłasza tyradę o postępie i deklamuje Leopardiego. Hans po wszystkim komentuje, że Settembrini ma gadane jak „świeże bułeczki”, ale drażni go jego opozycyjność; Joachim broni Włocha jako dumnego, „przyzwoitego” i dbającego o człowieka.
„Dygresja o zmyśle czasu”
Hans dostaje koce i uczy się „rytuału” zawijania na leżaku, ale mimo to marznie, ma wypieki, dreszcze i czuje się słabszy, niż chciałby przyznać. Potem narrator robi dygresję: nuda nie tyle „wydłuża”, co paradoksalnie przyspiesza uciekanie dłuższych odcinków czasu; nowość spowalnia czas w skali tygodni i miesięcy, dlatego zmiana miejsca ma „odmładzać” zmysł czasu, a gdy człowiek się „wżyje”, wszystko znowu przyspiesza. Hans mówi Joachimowi, że po kilku dniach ma wrażenie, jakby był tu „od dawna”.
„Hans Castorp próbuje swych sił we francuskiej konwersacji”
Hans poznaje drobiazgi sanatoryjnej codzienności, m.in. butle z tlenem pod drzwiami umierających; widzi po raz pierwszy konającego młodzieńca i zaraz potem spotyka Madame Chauchat, która uśmiecha się na widok jego dziwnej miny. Nie nawiązuje prawie żadnych znajomości: krótkie, męczące spotkanie z pielęgniarką Bertą (Alfredą Schildknecht), która narzeka na nudzę, Behrensa i chorego Rotbeina, oraz rozmowa z czarno ubraną Meksykanką „Tous-les-deux”, której Hans współczuje po francusku. Hans stwierdza, że lepiej dogaduje się ze smutnymi i „od śmierci”, opowiada, że pogrzeby działają na niego podnosząco, a Joachim potwierdza, że jego francuski był poprawny.
„Politycznie podejrzana!”
Niedziela w Berghofie robi się małym świętem: kwiaty na stołach, lepsze stroje, orkiestra uzdrowiskowa gra na tarasie, młodzi pacjenci bawią się na schodach, lekarze krążą i żartują. Settembrini dosiada się do kuzynów i zaczyna swoją tyradę: nie znosi „muzyki na rozkaz”, podejrzewa ją o usypianie i polityczną dwuznaczność, bo zamiast rozpalać rozum, potrafi ogłuszać jak opium. Joachim broni koncertów praktycznie: muzyka porządkuje i „mierzy” czas, rozbija monotonię, daje godzinom treść. Hans słucha półprzytomnie, zmęczony i rozproszony tym, co widzi wokół.
„Hippe”
Niedziela kończy się „towarzysko”: po podwieczorku Rosjanki ruszają dorożkami na przejażdżki (Clavadell, jezioro, Flüelatal, klasztor). Hans obserwuje w powozie m.in. Madame Chauchat i Marusię, a przy okazji łapie się na tym, że widzi u Joachima coś w rodzaju nagłej, nieżołnierskiej czułości.
Poniedziałek przynosi stały punkt programu: obowiązkowy odczyt dra Krokowskiego z cyklu „Miłość jako potęga chorobotwórcza”. Hans, pod pretekstem „przewietrzenia głowy” i wyrwania się z sanatoryjnego kręgu bodźców, robi samowolny długi spacer. Przesadza: śpiewa pod górę do utraty tchu, słabnie, dostaje silnego krwotoku z nosa, po czym wpada w intensywną retrospekcję o szkolnej fascynacji Przybysławem Hippe (jedna rozmowa, pożyczony ołówek, przechowywane strużyny). Z trudem wraca, ledwo żywy podwozi się wozem i wpada spóźniony na wykład, który już trwa.
„Analiza”
Hans wpada spóźniony na odczyt Krokowskiego, cały blady i zakrwawiony, siada przypadkiem tuż za Madame Chauchat i zamiast „naukowo” słuchać, wpada w obsesyjne patrzenie na jej plecy, rękę i ramię, mieszając pożądanie z moralnym wstrętem.
Krokowski dowozi tezę wprost: choroba to zamaskowana miłość, a terapia to „analiza duszy”, po czym sala wstaje i wylewa się za nim jak zahipnotyzowana.
Po wszystkim Joachim pyta o spacer, Hans zbywa temat, a obaj demonstracyjnie nie komentują wykładu.
„Wątpliwości i rozwiązania”
Mija pierwszy tydzień pobytu Hansa Castorpa: dostaje pierwszy rachunek i ogląda „Berghof” jako sprawnie działające przedsiębiorstwo, z biurem, okienkiem i ukrytą nad wierzchem władzą spółki, a nie romantycznym uzdrowiskiem.
W rozmowach z Joachimem wychodzi tło Behrensa: nie właściciel, tylko naczelny funkcjonariusz, który został w Davos po śmierci żony i być może sam jest lub był pacjentem, co uruchamia u Hansa wątpliwość, czy chory lekarz może naprawdę „panować” nad chorobą.
Schodzą też do sterylnych „suteren”, gdzie przy drzwiach Krokowskiego widać pacjentkę wychodzącą z analizy, roztrzęsioną i spłoszoną, a za progiem gabinetu zaczyna się półmrok.
„Rozmowy przy stole”
Hans przy stole męczy się z drżeniem głowy, ale szybko rozumie, że to nie tylko ciało, lecz napięcie związane z oczekiwaniem na Clawdię.
Z panną Engelhart prowadzi pół-świadome gry i rozmowy o Chauchat, które go zawstydzają, ale też podsycają jego zauroczenie; zdobycie jej imienia staje się dla niego ważnym, intymnym szczegółem.
Posiłki krążą wokół czekania na nią, a jego stan zdradza serce. Myśli Hansa Castorpa krążą niemal nieustannie wokół Clawdii.
„Rosnący lęk. O obu dziadkach oraz o przejażdżce łódką na przełomie dnia i nocy”
Hans coraz wyraźniej wpada w stan „uzależnienia od znaków” Clawdii. Jeden jej uśmiech po scenie z serwetką podnosi go jak narkotyk, a jej późniejsze „nieodwracanie się” przez dwa dni działa jak kara, ale też paradoksalnie potwierdza, że między nimi coś już zaszło.
Punkt zwrotny to bliskie spotkanie na korytarzu. Widzi jej twarz w detalu i odkrywa przerażającą identyczność z Przybysławem Hippem. Z zachwytu robi się lęk, bo to nie wygląda jak flirt, tylko jak powrót czegoś dawno wypartego i „nieuchronnego”.
Równolegle rośnie w nim potrzeba autorytetu i „pomocy z zewnątrz”, ale żadna figura nie daje oparcia: Joachim jest uwięziony we własnym napięciu, Behrens budzi nieufność jako „chory lekarz”, więc zostaje Settembrini, którego słucha trochę z potrzeby równowagi, a trochę cynicznie po to, żeby sumienie łatwiej przepuściło obsesję na punkcie Clawdii.
Wątek „obu dziadków” i przejażdżki łódką domyka metafora: Hans stoi między dwoma światami jak między dniem a nocą. Z jednej strony porządek, pietyzm i „czarne ubranie” dziadka Castorpa, z drugiej rewolucyjna, republikańska żałoba dziadka Settembriniego. Clawdia staje się jego nocą: obcą, mglistą, pociągającą i coraz bardziej groźną.
„Termometr”
Hans kupuje termometr, zaczyna obsesyjnie mierzyć temperaturę i odkrywa stały stan podgorączkowy około 37,5 – 37,7 stopnia. W sanatorium to sygnał alarmowy, choć on tłumaczy wszystko katarem.
Podczas badania Behrens stwierdza u niego zmiany w płucach i uznaje, że Hans już wcześniej był chory, tylko o tym nie wiedział. „Katar” okazuje się wybuchem utajonej choroby.
Wniosek lekarza jest jednoznaczny: Hans nie powinien wracać „na dół”, lecz zostać na leczeniu. Z gościa staje się pacjentem.
Rozdział V
„Zupa wieczności i nagła jasność”
Hans, leżąc tygodniami w łóżku, doświadcza „zupy wieczności”: dni zlewają się w jedną teraźniejszość, czas traci kształt, a monotonia sanatorium staje się jego nową normą. Waha się między lękiem a dziwną nadzieją, powoli godząc się z rolą pacjenta.
Listami uspokaja rodzinę, odkłada decyzje o przyszłości i wchodzi w rytm zakładu. Odwiedziny Settembriniego przynoszą „nagłą jasność”: rozmowę o życiu, śmierci i niebezpieczeństwie fascynacji chorobą.
W końcu dostaje zgodę na wstanie – wraca do świata sanatorium już nie jako gość, lecz ktoś, kto zaczyna tu należeć.
„Mój Boże, ja widzę”
Hans czeka na prześwietlenie, żyjąc w sanatoryjnej hierarchii, gdzie „poważna” choroba daje prestiż, więc sam lekko wyolbrzymia objawy. Myśli Hansa Castorpa coraz mocniej krążą wokół Clawdii Chauchat, co miesza fascynację z niepokojem i zazdrością, zwłaszcza gdy słyszy o jej wizytach i pozowaniu Behrensowi.
W pracowni rentgenowskiej najpierw ogląda szkielet i serce Joachima, co robi na nim silne, niemal metafizyczne wrażenie. Potem widzi własne kości i sygnet na palcu i po raz pierwszy naprawdę uświadamia sobie własną śmiertelność.
Badanie potwierdza zmiany w płucach, więc zostaje w roli pacjenta na dobre. Scenę zamyka wejście Clawdii do laboratorium, które znów porusza jego emocje.
„Wolność”
Mężczyzna Hans Castorp gubi poczucie czasu: pobyt wydaje mu się jednocześnie bardzo krótki i bardzo długi. Z rozmów dociera do niego, że kończy się wrzesień. Settembrini krytykuje sanatoryjną ironię i „kokietowanie chorobą”, a Hans częściowo go rozumie, ale też wewnętrznie mu się sprzeciwia.
Po prześwietleniu i diagnozie Hans zaczyna godzić się z myślą o dłuższym pobycie. Pisze do domu, że musi zostać co najmniej na zimę, prosi o rzeczy i pieniądze, racjonalizuje swoją sytuację jako rozsądną kurację. List daje mu poczucie uwolnienia i decyzji o pozostaniu. Mierzy temperaturę, widzi stan podgorączkowy i utwierdza się w roli pacjenta.
„Kaprysy Merkuriusza”
Październik zaczyna się „bez fajerwerków”, ale po kilku dniach przychodzi spóźnione, intensywne lato. Hans jest już tak odklejony od normalnej rachuby czasu, że żyje tym, co czuje na skórze i w głowie, a nie datami.
Jest po uszy wciągnięty w obsesję na punkcie Clawdii: racjonalizuje jej „nonszalancję” jako część jej choroby i uroku, traci krytycyzm, zaczyna ją naśladować. Jednocześnie drobne gesty robią z niego wrak albo króla życia: jedno spojrzenie go miażdży, jedno „dzień dobry” go wskrzesza. Po tym porannym mini-tryumfie wraca mu też gorączka, co paradoksalnie odbiera jako potwierdzenie, że „należy” do sanatoryjnego świata.
„Encyklopedia”
Castorp już się nie kryje: sanatorium działa jak sala obserwacyjna, gdzie wszyscy śledzą cudze gorączki i cudze romanse z tą samą natarczywością. „Miłość” nie jest tu lekką plotką, tylko czymś prawie tragicznym, bo rozgrywa się na tle choroby, wstydu i świadomości końca.
Settembrini wciąga go w prywatne kazanie: sprzedaje mu Zachód jako dyscyplinę czasu, postęp i obowiązek, a „Azję” jako rozrzutność, bezwład i uleganie ciału. Potem dokręca śrubę: Liga Postępu, encyklopedia cierpienia, służba ludzkości. To jest próba wyrwania Castorpa z bagna, ale też brutalne przyciśnięcie go do roli „Europejczyka”, który ma wybrać ducha przeciw ciału.
I tu Castorp pierwszy raz stawia opór nie jako uczeń, tylko jako ktoś już skażony górą: broni diagnozy Behrensa, punktuje hipokryzję Settembriniego, a w tle i tak wygrywa Clawdia. Ta scena to nie rozmowa o ideach, tylko walka o to, kto mu nazwie świat.
„Humaniora”
To jest scena, w której Castorp robi pierwszy „awans” w chorobie: przestaje być tylko zakochanym pacjentem, a zaczyna być kimś, kto fetyszyzuje ciało jako wiedzę. Pretekstem są cygara i Behrens, ale stawką jest Clawdia: portret jest dla niego dowodem, że ona istnieje tu także jako materia, do dotykania wzrokiem, do rozbierania na warstwy.
Behrens gra w to chętnie, bo karmi się rolą demiurga: lekarz-artysta, który „zna ją od środka”, więc ma prawo ją opowiadać i malować. Castorp natomiast próbuje z tego zrobić filozofię: wszystkie „humanistyczne zawody” to warianty jednego pożądania człowieka, a sztuka i nauka spotykają się w portrecie. Tyle że to brzmi jak wzniosłość, a pracuje jak libido.
Najmocniejsze jest spięcie: rozmowa o skórze, tłuszczu, limfie i rozkładzie idzie równolegle z erotycznym oglądem dekoltu. Castorp dochodzi do zdania-klucza: jeśli interesuje nas życie, interesuje nas śmierć. I dokładnie tak działa „Berghof”: erotyka jest tu napędzana przez świadomość rozkładu, a „awanturniczy nastrój” to w istocie zgoda na to, że forma pęka, a on chce patrzeć pod spód.
„Dociekania”
Do Berghofu w końcu przychodzi prawdziwa zima. Najpierw stopniowo, potem już na dobre: śnieg, mróz, zasypane drogi i izolacja od świata. Kuracjusze żyją zimą jak osobnym sezonem, mówią o sportach i świętach, zwłaszcza o Bożym Narodzeniu, co uświadamia Hansowi, że zostaje tu na długo. On sam coraz mocniej zapada w rytm sanatorium: leży nocami na balkonie, marznie mimo futer i koców, dużo je, jest senny i rozgorączkowany. Zamiast techniki zaczyna obsesyjnie czytać książki o biologii, anatomii i życiu jako zjawisku granicznym między materią a duchem. Te studia mieszają się z jego stanem cielesnym i emocjonalnym, aż przechodzą w zmysłowe, niemal halucynacyjne wizje życia i ciała, podszyte fascynacją Clawdią.
„Taniec szkieletów”
Święta w „Berghofie” mijają bez większego znaczenia, niemal jak zwykłe dni, a zaraz po nich umiera sportsmen, co silnie porusza Hansa. Wstrząśnięty śmiercią i oburzony udawanym ignorowaniem jej w sanatorium, zaczyna odwiedzać ciężko chorych, posyła im kwiaty i rozmawia z nimi, szukając w tym sensu i moralnej powagi. Zderza się jednak z ludzką lekkomyślnością, plotkami i banalizowaniem choroby, co tylko pogłębia jego refleksje o śmierci, godności i czasie. Towarzysząc chorej Karen, uczestniczy też w rozrywkach Davos, gdzie życie i zabawa toczą się obok cierpienia. Spacer na cmentarz dobitnie ukazuje mu, że większość kuracjuszy to młodzi ludzie, których życie zostało przedwcześnie przerwane.
„Noc Walpurgi”
W sanatorium trwa karnawałowa „Noc Walpurgi”, pełna masek, tańców i ironicznych odniesień do śmierci oraz choroby. Zabawa rozluźnia obyczaje i znosi dystanse. Hans coraz silniej fascynuje się Clawdią Chauchat, którą Settembrini nazywa „Lilit”, figurą uwodzicielską i niebezpieczną.
Kulminacją jest intymna rozmowa Hansa i Clawdii. Hans wyznaje jej miłość, łącząc ją z chorobą, cielesnością i śmiercią, w quasi-mistycznym uniesieniu. Clawdia reaguje półironicznie, półczule, ale oznajmia, że wyjeżdża następnego dnia.
Scena kończy się jej odejściem i symbolicznym gestem z ołówkiem, który staje się znakiem ich erotyczno-duchowej więzi oraz niedopełnionego zbliżenia.
"Czarodziejska góra" tom 2 streszczenie
Rozdział VI
„Zmiany”
Hans pogrąża się w rozważaniach nad naturą czasu: widzi go jako coś zarazem nierealnego i wszechmocnego, nierozerwalnie związanego z ruchem, zmianą i przestrzenią. Zadaje pytania o to, czy czas istnieje bez ruchu, czy jest funkcją przestrzeni, oraz jak pogodzić ludzkie doświadczenie skończoności z ideą wieczności i nieskończoności. Te refleksje prowadzą go do poczucia paradoksu i poznawczej bezradności. Takie doświadczenie czasu Hansa Castorpa pozostaje jednak obce jego kuzynowi.
Joachim pozostaje wobec takich spekulacji obojętny, bo myśli praktycznie o zdrowiu i powrocie do wojska. Coraz bardziej irytuje go system ocen choroby według skali Gaffky’ego, który ma decydować o rokowaniach i długości pobytu w sanatorium, a który wydaje się nieprzewidywalny i niesprawiedliwy. Jego bunt wynika z poczucia utraty kontroli nad własnym losem i z rosnącej frustracji pobytem w „Berghofie”.
„Jeszcze ktoś”
Hans Castorp zostaje coraz mocniej osadzony w świecie powieści Czarodziejskiej góry. Opisuje i klasyfikuje rośliny, tworzy zielnik, studiuje ich budowę. Ta „naukowa” pasja jest znakiem, że coraz bardziej wrasta w życie sanatorium i ma dużo wolnego czasu na kontemplację przyrody. Równocześnie fascynuje się astronomią i cyklicznością roku, rozmyślając o zodiaku, przesileniach i wiecznym powracaniu tych samych zjawisk, co prowadzi go do refleksji o kolistości czasu i świata.
W rozmowach z Joachimem ujawnia się różnica ich postaw: Hans filozofuje, Joachim pozostaje praktyczny i nastawiony na służbę wojskową. Pojawia się też motyw wojny jako czegoś „potrzebnego” dla świata, co kontrastuje z humanistycznymi i pacyfistycznymi ideami.
Kluczowe jest spotkanie z Settembrinim i jego nowym towarzyszem, Naphą. Między nimi wywiązuje się ostry spór światopoglądowy: Settembrini broni rozumu, postępu, demokracji i aktywnego życia, natomiast Naphta reprezentuje myślenie religijno-metafizyczne, dualizm, pochwałę kontemplacji i sceptycyzm wobec liberalnego postępu. Dyskutują o duchu, religii, państwie, wojnie i naturze wolności. Hans słucha, czasem się wtrąca, próbując łączyć stanowiska, ale dostrzega też ich sprzeczności.
Leon Naphta zaprasza kuzynów do dalszych rozmów. Po spotkaniu Joachim odnosi się do niego nieufnie, Hans natomiast jest zaintrygowany i ciekaw jego „tajemnej wiedzy”. Cały fragment podkreśla, że pobyt w górach nie tylko leczy ciało, ale zmienia sposób myślenia, rozciąga czas i wciąga bohatera w coraz głębsze spory ideowe.
„O Państwie Bożym i złym zbawieniu”
Hans Castorp obserwuje powrót lata i kwitnienie orlików w swoim ulubionym, leśnym wąwozie. Chodzi tam nie tylko dla widoku, ale żeby być samemu i „królować”, czyli porządkować w głowie doświadczenia z sanatorium, napięcie między ciałem a duchem, czasem a wiecznością. Widać, że po niemal roku częściowo się aklimatyzuje, ale wciąż jest „dzieckiem równiny”, z temperaturą i nerwowym drżeniem, a jego więź z dawnym życiem trzymają drobiazgi typu cygara z Bremy i zdawkowe kartki do domu. W tym stanie wchodzi w orbitę Settembriniego i Naphty: idzie do Naphty, zachwyca się gotycką Pietą i zaczyna słuchać sporu Settembrini–Naphta o prawdę, naukę, państwo, wolność, komunizm i „terror”. Po wizycie Settembrini ostrzega go przed Naphtą, ujawnia, że to jezuita, i nazywa go „rozpustnikiem” w sensie duchowym: kimś, kto rozluźnia porządek wartości, bo myśli pod patronatem śmierci. Hans mimo ostrzeżeń jest zafascynowany i wraca do „królowania”, już z nowym materiałem do wewnętrznej walki.
„Wściekłość i jeszcze coś bardzo przykrego”
Kluczowym wydarzeniem jest wyjazd Joachima, który nie wytrzymuje sanatoryjnej stagnacji i postanawia wrócić do wojska. Jego decyzja jest buntem przeciw „magii góry”, próbą odzyskania normalnego, męskiego życia obowiązku i czynu. Dla Hansa to wstrząs: Joachim był jego najbliższym punktem odniesienia, łącznikiem z dawnym światem.
Po jego wyjeździe Hans zostaje sam w rzeczywistości, którą wcześniej traktował częściowo jak przedłużone wakacje. Teraz rutyna kuracji zaczyna mieć wymiar egzystencjalny: pomiary temperatury, leżakowanie, posiłki o stałych porach i nieustanne rozmowy o zdrowiu tworzą zamknięty krąg. Hans coraz uważniej przygląda się współpacjentom i widzi, że choroba działa także na psychikę. Ludzie reagują wybuchowo, są drażliwi, przewrażliwieni na punkcie objawów i rokowań.
„Wściekłość” nie oznacza tu jednego konkretnego wybuchu, lecz narastające napięcie w całej społeczności sanatorium. Drobne sprawy urastają do konfliktów ideowych, rozmowy o wynikach badań potrafią przerodzić się w spory. Hans dostrzega, że w izolacji choroba staje się centrum tożsamości. To podważa jego mieszczaństwo i zawiązane z nim wyobrażenie o leczeniu jako czymś spokojnym i przejściowym. Sanatorium okazuje się miejscem, gdzie ludzkie słabości są skupione jak pod lupą.
Wyjazd Joachima ma więc podwójne znaczenie: fabularne i symboliczne. Pokazuje, że z Berghofu można próbować uciec, ale też że nie każdy potrafi tu pozostać bez wewnętrznych kosztów. Dla Hansa to moment przejścia od turysty do mieszkańca „zaczarowanego” świata choroby.
„Odparty atak”
Po wyjeździe Joachima Hans zmienia miejsce w jadalni i zaczyna siadać przy stole Settembriniego, co ma znaczenie symboliczne: zbliża się do świata dyskusji ideowych i intelektualnych. Otaczają go teraz nowi kuracjusze, barwna, momentami groteskowa galeria postaci. Wśród nich są m.in. meksykański fotograf-garbus, panna z Siedmiogrodu, Czech pan Wacław czy małżeństwo Magnusów. Ten stół pokazuje międzynarodowy, trochę absurdalny mikroświat sanatorium.
Bardziej osobiste relacje łączą Hansa z Ferge i z Wehsalem. Wehsal, nieszczęśliwie zakochany i emocjonalnie chwiejny, narzuca Hansowi rozmowy o beznadziejnej miłości, widząc w wyznaniu uczuć akt niemal rozkosznego upokorzenia. Hans toleruje jego służalczość z chłodną wyrozumiałością, co pokazuje, jak bardzo zdystansował się wobec zwykłych norm towarzyskich.
W tym momencie następuje właściwy „atak”: przyjazd wuja Jamesa Tienappla, wysłannika rodziny z „równiny”, który ma ściągnąć Hansa do domu. Już pierwsze spotkanie pokazuje różnicę światów. Hans siedzi bez płaszcza w zimnym powietrzu i mówi o gwiazdach, czasie i klimacie gór, podczas gdy James marznie i myśli praktycznie. Ich rozmowy ujawniają, że Hans przejął sanatoryjną filozofię życia i czasu.
James próbuje działać racjonalnie, ale sanatorium szybko go obezwładnia. Behrens stwierdza u niego anemię i sugeruje leżakowanie jak przy gruźlicy, starsza siostra traktuje go jak każdego pacjenta i każe czekać na rozmowę. Rytuały Berghofu zaczynają go wciągać. Widok rentgenowskiego „negatywu” jako pamiątki czy udział w odczycie Krokowskiego dodatkowo go destabilizują.
Jego autorytet podkopuje też flirt z panią Redisch, który wygląda dość żałośnie jak na człowieka z misją ratunkową. Ostateczny cios zadaje scena przy stole, gdy Behrens obrazowo opisuje proces gnicia ciała. To moment, w którym świat sanatorium pokazuje swoją brutalną dosłowność.
Kulminacja jest cicha, ale wymowna: James ucieka bez pożegnania, zostawiając pusty pokój i przysyłając później wymówkową kartkę. „Atak nizin” kończy się porażką. Rodzina rezygnuje z prób odzyskania Hansa, a on sam zyskuje faktyczną wolność pozostania w Berghofie.
„Operationes spirituales”
Rozdział wprowadza pełną biografię Leona Naphty i ustawia go jako ideowego przeciwnika Settembriniego. Naphta pochodzi z żydowskiej rodziny z pogranicza Galicji i Wołynia. Jego ojciec, szochet, łączy w oczach dziecka pobożność z rytualną przemocą: świętość pachnie krwią, a „uroczysty brak litości” staje się wzorem religijnej powagi. Ojciec ginie w antyżydowskim pogromie, zamordowany w sposób symbolicznie przywodzący na myśl ukrzyżowanie, podczas gdy dom płonie. Rodzina ucieka, matka umiera na gruźlicę.
Młody Naphta szybko okazuje się wybitnie inteligentny, ambitny i toksycznie polemiczny. Najpierw wchodzi w konflikt z rabinem, potem zahacza o kręgi socjaldemokratyczne. Po śmierci matki spotyka jezuitę Unterpertingera, który dostrzega w nim „materiał” i wciąga go do elitarnego pedagogium „Stella Matutina”. Naphta przechodzi konwersję na katolicyzm i zachwyca się jezuitami jako formacją „pańsko-klasztorną”: dyscyplina, hierarchia, milczenie, trening ducha. Wchodzi do nowicjatu, otrzymuje niższe święcenia, ale choroba płuc postępuje. Zostaje zatrzymany w roli nauczyciela i prefekta, nie dochodzi do kapłaństwa. Ostatecznie trafia na długą „kurację” do Davos, która staje się stanem stałym.
Dalsza część rozdziału to rozwinięcie jego ideologii w rozmowach z Hansem, Ferge i Wehsalem. Hans widzi w jezuitach i wojsku Joachima podobny model: honor, asceza, posłuszeństwo, wojna dwóch sztandarów. Naphta wzmacnia tę wizję: akcentuje „święte okrucieństwo”, heroizm, gotowość na krew. Z tego rodzi się wielka zimowa dyskusja (colloquium) z Settembrinim o zdrowiu i chorobie, a potem o chłostach, torturach, karze śmierci i kremacji.
Settembrini broni higieny, reform, postępu, życia, demaskuje „romantyzowanie” choroby i obłędu, chce „hali życia” przy krematorium, odciągania ludzi od fascynacji śmiercią. Naphta idzie w przeciwną stronę: religia jest poza moralnością i rozumem, a nawet przeciw życiu; ciało jest skażone, cierpienie ma rangę duchową, choroba jest bardziej „ludzka” niż zdrowie. Broni przemocy jako narzędzia ładu (chłosta, tortury jako „racjonalizacja” procesu), a w kwestii kary śmierci przesuwa winę w wymiar metafizyczny: człowiek „jest” tym, kim chce być, więc może „płacić” życiem.
Kluczowe jest to, że ta debata nie daje porządku. Obaj popadają w sprzeczności, przestawiają akcenty, gubią konsekwencję. Hans zostaje z „wielkim zamieszaniem pojęć”, rozdarty między humanistycznym kultem życia a naphtowską pokusą absolutu, przemocy i „moralnie nieuporządkowanego wszechbytu”. Rozdział kończy się obrazem dwóch armii pod dwoma sztandarami, które zderzają się w jego głowie.
„Śnieg”
Kuracjusze w „Berghofie” narzekają na zimę. Brakuje słońca, więc sanatorium kupuje nowe urządzenia do „sztucznego słońca”, żeby goście mogli się opalać i poprawiać sobie humor oraz wygląd. Tymczasem prawdziwa pogoda idzie w drugą stronę: śniegu jest za dużo, pada niemal bez przerwy, zasypywane są ławki i ścieżki, a przejścia między zaspami przypominają wąskie wąwozy. Hans Castorp spędza popołudnia na loggii, patrząc na góry i las tonące w bieli, często zasypia w mrozie, a świat za balustradą coraz bardziej znika w mlecznej, bezgłośnej zasłonie.
Hans ma dość tłoku na odśnieżonych trasach i saneczkowych atrakcji. Chce samotności i bliższego kontaktu ze śnieżną przestrzenią, ale jako pieszy nie jest w stanie wyjść poza przekopane ścieżki. Postanawia więc kupić narty i nauczyć się na nich jeździć. Robi to po cichu, bo sporty są w sanatorium zakazane. O swoich planach mówi Settembriniemu, który reaguje entuzjastycznie i idzie z nim do sklepu. Hans kupuje narty i zaczyna wymykać się na ćwiczenia, dzięki czemu dociera w miejsca niedostępne dla innych i doświadcza głębokiej ciszy i surowości gór.
Pewnego popołudnia Hans wyrusza na dłuższą wycieczkę. Jeździ bez wyraźnego celu, cieszy się swobodą, obserwuje płatki śniegu, zbacza coraz dalej od oznaczonych tras. Niebo ciemnieje, zaczyna padać mocniej. Mimo narastającego niepokoju Hans zwleka z zawracaniem, jakby świadomie chciał sprawdzić granice własnej wytrzymałości. W końcu rozpętuje się prawdziwa burza śnieżna z wichrem. Widoczność spada prawie do zera, wiatr bije lodem w twarz, Hans traci siły i orientację. Próbuje wracać, ale wiatr spycha go na bok. Zaczyna krążyć, co jakiś czas rozpoznaje pojedyncze punkty terenu, lecz nie potrafi utrzymać kierunku.
W pewnym momencie widzi w zawiei zarys budynku i z nadzieją podąża w jego stronę, licząc na ludzi i schronienie. Dociera jednak do tej samej szopy, obok której już wcześniej przejeżdżał. Drzwi są zamknięte, do środka nie da się wejść. Hans postanawia więc przeczekać przy ścianie szopy, osłonięty od wiatru. Zaczyna marznąć, czuje narastające otępienie. Sprawdza zegarek, dochodzi do wniosku, że do zmroku zostało niewiele czasu. Dla wzmocnienia pije kilka łyków porto z piersiówki, co zamiast pomóc, pogłębia senność i dezorientację: myśli zaczynają się plątać, a pokusa, by się położyć i zasnąć, narasta.
W końcu Hans osuwa się i zasypia w śniegu. Śni długi, niezwykle wyrazisty sen: najpierw znajduje się w ciepłym, zielonym krajobrazie po deszczu, potem widzi jasne morze i słoneczną zatokę, zaludnioną przez młodych, pięknych ludzi żyjących w harmonii. Nastrój zmienia się, gdy Hans trafia do strefy świątynnej: w jej wnętrzu ogląda przerażającą scenę, w której dwie stare kobiety rozszarpują i pożerają dziecko. Wstrząśnięty upada i budzi się przy szopie, leżąc w śniegu.
Hans podnosi się z trudem. Okazuje się, że burza ustała szybciej, niż mu się wydawało, a on leżał bezwładnie tylko przez krótki czas. Na niebie pojawia się przejaśnienie i sierp księżyca. Mimo wyziębienia Hans odzyskuje możliwość działania, zbiera się i rusza w drogę powrotną. Zjeżdża szybko w dół do doliny, dociera do Davos, zostawia sprzęt w sklepie i idzie do Settembriniego, żeby opowiedzieć mu o burzy i o tym, że się zgubił. Settembrini jest przerażony jego lekkomyślnością, robi mu mocną kawę, ale Hans i tak zasypia ze zmęczenia. Później wraca do „Berghofu”, je z dużym apetytem, a wspomnienia snu i to, co przeżył i „wymyślił” w górach, zaczynają mu się już tej samej nocy zacierać.
„Po żołniersku i mężnie”
Podrozdział pokazuje losy Joachima po opuszczeniu sanatorium i jego próbę realizacji marzenia o karierze wojskowej. Początkowo Joachim z entuzjazmem wchodzi w służbę, szybko awansuje, zostaje podporucznikiem i odnajduje się w wojskowej hierarchii, którą traktuje niemal jak powołanie. W listach do Hansa opisuje sukcesy, koleżeństwo i honor żołnierskiego życia, a temat zdrowia długo w ogóle się nie pojawia.
Z czasem jednak wracają objawy choroby: wahania temperatury, osłabienie, okresowe gorączki. Joachim próbuje je bagatelizować, bo nie chce wypaść z rytmu służby i marzy o udziale w manewrach. Ostatecznie lekarze wysyłają go na przymusowy urlop zdrowotny w góry. Decyzja ta jest dla niego ciosem, bo oznacza porażkę wobec własnego ideału żołnierskiej dyscypliny.
Mężczyzna Hans Castorp otrzymuje depeszę od matki Joachima i organizuje jego powrót do Berghofu. Powrót ma charakter ambiwalentny: z jednej strony radość z ponownego spotkania, z drugiej świadomość, że to nawrót choroby. Joachim przyjeżdża pobudzony i chwilowo wesoły, jakby wracał „do swoich”, lecz jego matka widzi, że ta euforia nie pasuje do sytuacji i wynika raczej z podniecenia oraz wpływu górskiego powietrza.
Rozmowy przy kolacji studzą jego nastrój. Joachim uświadamia sobie swoją przegraną: musi znów poddać się kuracji, podczas gdy jego koledzy będą brać udział w manewrach. Zostaje ponownie włączony w sanatoryjny rytm leczenia, najpierw leżenie, potem ostrożne funkcjonowanie wśród kuracjuszy. Wszyscy okazują mu sympatię, bo cenią jego prostolinijność i honorowość.
Hans stara się go pocieszać, tłumacząc wszystko „buntem ciała” wobec woli ducha. Joachim jednak wyraźnie cierpi z powodu utraty żołnierskiej drogi. Utrzymuje, że wyjedzie jesienią i wróci do armii, choć jego organizm daje niepokojące sygnały.
Do końca zachowuje dyscyplinę, powściągliwość i wojskowy etos, nie użala się nad sobą, nie dramatyzuje. Jego śmierć jest cicha, pozbawiona patosu, ale uderzająca w wymowie. Pokazuje, że w świecie Manna wola i charakter nie wystarczą wobec biologii i czasu.
Dla Hansa Castorpa to doświadczenie graniczne. Śmierć kuzyna burzy resztki mieszczańskich złudzeń o kontroli nad losem i uświadamia mu realność przemijania. Joachim staje się figurą przegranego ideału obowiązku i formy, które nie chronią przed rozpadem ciała.
Równolegle toczą się dalej dyskusje Settembriniego i Naphty, w które Hans i Joachim znów zostają wciągnięci. Ich spory ideowe kontrastują z bardzo realnym dramatem Joachima, ujawniając napięcie między obowiązkiem a cielesnością.
Rozdział VII
„Przechadzka po wybrzeżu”
Fragment jest rozbudowaną refleksją o naturze czasu i jego związku z opowieścią, świadomością i doświadczeniem człowieka, wplecioną w narrację o losach Hansa Castorpa.
Narrator rozważa, czy można „opowiedzieć sam czas” i dochodzi do wniosku, że czas sam w sobie nie jest opowiadalny– opowieść, jak muzyka, nie pokazuje czasu wprost, lecz go wypełnia treścią i zdarzeniami, nadając mu sens. Muzyka ma jeden wymiar czasowy (trwa tyle, ile trwa wykonanie), natomiast opowieść operuje dwoma czasami: czasem narracji i czasem wydarzeń, które mogą się rozciągać, kurczyć, być skracane lub rozwijane. Literatura może więc manipulować czasem podobnie jak sny czy stany narkotyczne, gdzie w krótkiej chwili przeżywa się długie historie.
Prowadzi to do wniosku, że choć nie da się opowiedzieć „czystego czasu”, można opowiadać o czasie jako o doświadczeniu. I właśnie to – powieść o czasie – jest zamiarem autora.
Refleksja ta wiąże się z sytuacją Hansa Castorpa. Pobyt w sanatorium powoduje u niego zanik poczucia czasu: nie potrafi określić, ile lat już tam przebywa, gubi rachubę dni, miesięcy i lat. Izolacja, powtarzalność rytuałów i brak wyraźnych punktów odniesienia sprawiają, że czas się „kurczy” lub „rozmywa”. Człowiek nie ma bowiem wewnętrznego zmysłu czasu i bez zewnętrznych miar łatwo traci orientację.
Narrator pokazuje, że w takich warunkach teraźniejszość miesza się z przeszłością i przyszłością, tworząc poczucie „zawsze”. Hans częściowo ulega tej pokusie bezczasowości, choć czasem próbuje się kontrolować, np. obserwując zegarek. Jednak doświadcza zawrotu głowy i dezorientacji – czasu nie da się zatrzymać ani uchwycić.
Przywołana metafora spaceru nad morzem obrazuje stan, w którym monotonia przestrzeni zaciera poczucie upływu czasu: wszystko wydaje się takie samo, odległości tracą sens, ruch przestaje być odczuwalny jako ruch, a więc zanika także poczucie czasu.
Narrator przywołuje też średniowieczną ideę, że czas może być złudzeniem, lecz ostatecznie dystansuje się od czystej metafizyki. Podkreśla, że krytyczne myślenie powinno służyć życiu i działaniu. W tym duchu przypomina stanowisko Settembriniego, który widział w metafizyce zagrożenie dla życiowej aktywności.
Końcowa myśl sugeruje napięcie między pokusą bezczasowej kontemplacji a obowiązkiem życia i działania. Hans Castorp znajduje się dokładnie na granicy tych dwóch postaw: fascynuje go zawieszenie w czasie, ale jest to stan moralnie dwuznaczny i potencjalnie niebezpieczny dla życia.
„Mynheer Peeperkorn”
Hans Castorp poznaje Mynheera Peeperkorna, holenderskiego plantatora z Jawy, który przybywa do Berghofu w towarzystwie Clawdii Chauchat. Już pierwsze wrażenie jest silne: Peeperkorn emanuje potężną osobowością, żywiołowością i fizyczną energią, która działa na innych niemal hipnotycznie. Mówi dużo, lecz jego wypowiedzi często są niejasne, urywane, pełne patosu, a zarazem pozbawione logicznej treści. Mimo to słuchacze ulegają jego charyzmie – liczy się nie to, co mówi, ale jaką siłę życia reprezentuje.
Hans obserwuje go z mieszaniną fascynacji i niepokoju. Peeperkorn jest dla niego kimś zupełnie innym niż Settembrini czy Naphta: nie reprezentuje idei ani systemu myślowego, lecz czystą wolę życia, zmysłowość i temperament. Jego obecność zmienia dynamikę relacji w sanatorium, zwłaszcza że jest on blisko związany z Clawdią, co budzi w Hansie emocjonalne napięcie.
Podczas wspólnych spotkań i rozmów ujawnia się, że Peeperkorn to człowiek przyzwyczajony do władzy i dominacji, a zarazem świadomy swojej słabości fizycznej. Jego zdrowie jest kruche, ale on sam zachowuje się tak, jakby stał ponad chorobą. W ten sposób staje się figurą tragicznej witalności: imponującej, lecz podszytej przeczuciem kresu.
Podrozdział ten wprowadza do powieści postać, która ucieleśnia irracjonalny żywioł życia, kontrastujący z intelektualnymi sporami sanatorium. Peeperkorn działa na innych jak zjawisko natury – nie przez argument, lecz przez obecność. Dla Hansa jest to kolejne doświadczenie poszerzające jego rozumienie świata między życiem, chorobą i śmiercią.
„Vingt-et-un”
Podrozdział przedstawia wieczorne spotkanie towarzyskie w Berghofie, którego osią staje się gra w karty „vingt-et-un” oraz atmosfera pół-rozrywki, pół-upojenia. To nie jest niewinna zabawa, lecz scena odsłaniająca układy sił między bohaterami.
Centralną postacią jest Mynheer Peeperkorn, który dominuje nad zgromadzeniem swoją charyzmą, gestem i sposobem bycia. Choć często mówi niejasno i urywa myśli, wywiera na innych ogromne wrażenie. Jego styl bycia, oparty bardziej na sile osobowości niż na treści wypowiedzi, przyciąga uwagę Hansa.
Obecność Clawdii Chauchat dodatkowo zagęszcza atmosferę. Hans obserwuje ją uważnie, pozostając pod jej wpływem emocjonalnym. Relacja między nią a Peeperkornem jest dla Hansa źródłem napięcia i niepokoju, bo widzi w nim rywala o jej uwagę.
Gra w „oczko” staje się metaforą ryzyka i losu. Kuracjusze, żyjący w cieniu choroby i niepewności, traktują hazard jako formę oswojenia przypadku. W tle stale obecny jest motyw granicy między życiem a śmiercią, bezpieczeństwem a utratą kontroli.
Hans coraz wyraźniej dostrzega, że świat „góry” rządzi się inną logiką niż świat nizin. Tu emocje, namiętności i wrażenia mają pierwszeństwo przed rozsądkiem. „Vingt-et-un” pokazuje więc Berghof jako przestrzeń uwodzenia zmysłów i zawieszenia norm, gdzie gra, alkohol i towarzyskie rytuały przykrywają egzystencjalny lęk.
„Mynheer Peeperkorn (ciąg dalszy)”
Hans i Peeperkorn prowadzą intymną, półmroczną rozmowę, w której tematem staje się Clawdia. Hans mówi o niej jako o osobie „wolnej” i „genialnej”, podkreślając, że jej wolność wiąże się z chorobą i szczególną sytuacją egzystencjalną kuracjuszy. Wspomina także o jej mężu na Kaukazie, który godzi się na tę swobodę. Mynheer Peeperkorn reaguje emocjonalnie, chwilami przerywa rozmowę, ale zarazem dopuszcza Hansa do siebie i pozwala mu mówić dalej.
Rozmowa schodzi na osobiste doświadczenia Hansa. Przyznaje on, że przebywa w sanatorium od wielu lat i sam już nie potrafi dokładnie określić, jak długo. Wspomina śmierć Joachima, który przyjechał tylko na kurację i miał wrócić do czynnego życia, podczas gdy on sam pozostał w „Berghofie”. Ujawnia poczucie życiowego zawieszenia i rozminięcia się z pierwotnym planem życiowym. Mówi o swoim cywilnym zawodzie. Okazuje się, że dalsze życie Hansa Castorpa potoczyło się inaczej, niż zakładał.
Ważny jest też ton tej sceny: mieszanka szczerości, ironii i melancholii. Hans okazuje Peeperkornowi szacunek, nawet podziw, jednocześnie pozwalając sobie na drobną złośliwość wobec sytuacji uczuciowej z Clawdią. Między mężczyznami pojawia się swoiste porozumienie.
„Mynheer Peeperkorn (dokończenie)”
Bohater Hans Castorp wraz z niewielkim gronem kuracjuszy wybiera się na wycieczkę do wodospadu w dolinie Flüela. Inicjatorem wyprawy jest Mynheer Peeperkorn, mimo że jego stan zdrowia jest wyraźnie zły: cierpi na malarię, ma problemy z wątrobą i śledzioną, słabnie. Jego choroba rozluźniła dotychczasowe życie towarzyskie w sanatorium. Dla Hansa jest to nawet pewna ulga, bo relacje między nim, Clawidą Chauchat i Peeperkornem są napięte i pełne niezręczności.
Podczas podróży powozami widać układy emocjonalne w grupie. Wehsal zwierza się Hansowi ze swojej chorobliwej, zmysłowej miłości do Clawdii, opisując ją jako połączenie pożądania i udręki. Hans reaguje z dystansem i próbuje go uciszyć. Do wycieczki dołączają Settembrini i Naphta.
Wodospad robi na wszystkich ogromne wrażenie: huk wody jest ogłuszający, rozmowa staje się niemożliwa. Peeperkorn, jak zwykle dominujący, narzuca swoją wolę i każe spożyć podwieczorek właśnie przy wodospadzie, mimo dyskomfortu innych. Wygłasza przy tym „toast”, którego nikt nie słyszy, ale jego gesty i poza robią wrażenie rytuału. Objawia się tu jego charyzmatyczna, teatralna natura.
Po powrocie do sanatorium następuje przełom. W nocy Hans zostaje wezwany do apartamentu Peeperkorna. Okazuje się, że Peeperkorn popełnił samobójstwo. Lekarz pokazuje Hansowi egzotyczne urządzenie przypominające mechanizm jadowitych szczęk, którym Peeperkorn wstrzyknął sobie truciznę. Śmierć była szybka, prawdopodobnie w wyniku porażenia ośrodka oddechowego.
Hans rozmawia z Clawdią przy ciele zmarłego. Uświadamia sobie, że Peeperkorn przeczuwał relację między nim a Clawdią. Na koniec Hans całuje ją w czoło, jakby symbolicznie domykając napięty trójkąt emocjonalny. Śmierć Peeperkorna jawi się jako gest człowieka, który nie potrafił pogodzić się z utratą życiowej mocy i swojej „królewskiej” roli.
„Wielkie otępienie”
Radca Hofrat Behrens zaczepia Hansa Castorpa, wytykając mu znudzenie i zblazowanie. Hans jest przygaszony, jakby „w środku” miał ciemno. Behrens obiecuje mu „rozrywkę” w postaci nowego pomysłu leczniczego, który ma doprowadzić do szybkiego powrotu na niziny: twierdzi, że objawy zatrucia i stany podgorączkowe nie pasują już do poprawionego stanu płuc, więc trzeba szukać innej przyczyny. Stawia hipotezę: streptokoki (paciorkowce) we krwi, co ma potwierdzić badanie bakteriologiczne i późniejsza kuracja szczepionką paciorkowcową. Kreśli wizję szybkiego wyzdrowienia, Hans reaguje raczej obojętnie, z ironiczno-sennym dystansem.
Równolegle narrator pokazuje, że Hans czuje, jakby świat wszedł w martwy punkt po wydarzeniach związanych z Peeperkornem i ponownym odejściem Clawdii. Nad wszystkim ma panować demon nazwany „otępieniem”: życie w „Berghofie” jawi się jako aktywne, ale w gruncie rzeczy martwe, gnijące w zastoju, pozbawione troski i nadziei. Otępienie materializuje się w kolejnych „epidemiach” mód i zbiorowych obsesji: amatorska fotografia (z ciemniami urządzanymi w pokojach, aż po pożar), filatelistyka, masowe objadanie się czekoladą, zabawy i łamigłówki geometryczne. W tle pojawia się też moralno-obyczajowy rozkład (zamykane drzwiczki między balkonami i obejścia tej kontroli).
Na tym tle wybija się prokurator Paravant, który w manii „zbawczej” próbuje rozwiązać kwadraturę koła, traktując swoją misję niemal religijnie. Inni również przychodzą do Hansa z obsesjami, np. były rzeźbiarz z fanatycznym planem ekonomicznym zbiórki starych gazet. Hans staje się powiernikiem takich ludzi, choć w środku narasta w nim wstręt, lęk i poczucie niesamowitości.
Kulminacją „otępienia” jest pasjans. W sanatorium pasjanse stają się plagą, a Hans sam wpada w ciąg: układa „jedenastkę” wszędzie i bez przerwy, z ponurą koncentracją, jakby walczył z „abstrakcyjnym przypadkiem”. Settembrini przyłapuje go i próbuje wybić z tego, sam jednak przy okazji ujawnia swoje rozterki polityczne (napięcia wokół Ligi Bałkańskiej, Rosji, Austrii). Hans odpowiada półgębkiem, skupiony na kartach. Po odejściu Settembriniego Hans zostaje sam z poczuciem apokaliptycznego zagrożenia: boi się, że „to wszystko” skończy się katastrofą, że nadciągnie burza, która wyrwie świat z martwego punktu.
Wątek medyczny wraca: Behrens rzeczywiście pobiera Hansowi krew, hoduje ją na pożywkach i ogłasza, że paciorkowce się pojawiły, a potem rosną obficie. Zapada decyzja o kuracji szczepionką paciorkowcową sporządzoną z własnej krwi Hansa. Hans odbiera ją jako coś wstrętnego, „kazirodczego” i beznadziejnego. Kuracja trwa tygodniami, raz wydaje się szkodliwa, raz pomocna, lecz ostatecznie nie przynosi żadnego efektu. Behrens nie mówi tego wprost, ale wynik jest „równy zeru”. Hans wraca do pasjansów, dalej „oko w oko” z demonem otępienia, przekonany, że jego panowanie musi skończyć się źle.
„Pełnia harmonii"
Do „Berghofu” trafia gramofon i robi za „cud techniki” oraz nowe źródło rozrywek. Publiczność zachwyca się chwilowo, jak zawsze, ale Hans Castorp reaguje inaczej: przejmuje urządzenie, odsuwa innych, porządkuje płyty, pilnuje igieł, nosi klucz w kieszeni. To nie filantropia, tylko impuls: pasjansowe otępienie zostaje zamienione na nową manię, bardziej „kulturalną”, ale równie pochłaniającą. Nocami zostaje sam w salonie i słucha muzyki jak w świątyni.
Potem Mann pokazuje, czego Hans szuka w muzyce. W jego ulubionych płytach są ekstremy: „Aida” z duetem w grobowcu (muzyka unieważnia realny horror śmierci), Debussy jako arkadyjskie ukojenie bez odpowiedzialności, „Carmen” jako miłość, która wciąga w katastrofę, oraz „Modlitwa” z „Fausta”, która podłącza się do osobistych wspomnień Hansa.
Kulminacja to Schubert „Lipa”. Narrator stawia ryzykowną, ale celową tezę: za tą pieśnią i światem, który reprezentuje,kryje się pociąg do śmierci (piękno bez sumienia, nostalgia, miękkie osuwanie się w ciemność). Hans już to czuje, więc pojawia się zwątpienie, a ono paradoksalnie zagęszcza miłość. W tle rośnie myśl, że wyjście z tego czaru wymaga przezwyciężenia samego siebie.
„Sprawy najbardziej zagadkowe”
Krokowski skręca swoje konferencje w stronę „magii” i spraw granicznych: hipnozy, telepatii, jasnowidzenia. Do sanatorium trafia Ellen Brand, niepozorna duńska dziewczyna, która podczas zabaw towarzyskich zaczyna robić rzeczy niewytłumaczalne: wykonuje złożone polecenia „ustalone w tajemnicy”, twierdząc, że ktoś jej szepcze do ucha. Ten „ktoś” dostaje imię Holger.
Kuracjusze łamią zakaz Krokowskiego i urządzają seans z kieliszkiem. „Holger” odpowiada literami, ma „ciemne loki”, obraża się, a potem „improwizuje” długi, poetycki monolog o morzu, czasie i śmierci. Seans kończy się niesmakiem: gaśnie światło, są stuknięcia, panika, a Hans dostaje „prezent” w postaci diapozytywu z rentgenem Clawdii Chauchat.
Krokowski przejmuje Ellen „na rzecz nauki” i robi regularne eksperymenty: telekineza, materializacje rąk, drobne poltergeistowe numery, a w końcu pokazuje się nawet „głowa” Holgera. Hans długo się wzbrania, aż wchodzi w to, bo pojawia się obietnica: duch może przywołać dowolnego zmarłego. Na seansie Hans prosi o Joachima. Po długiej, wyczerpującej „pracy” medium w czerwonym półmroku, przy muzyce z gramofonu, Joachim rzeczywiście się pojawia, patrzy tylko na Hansa. Hans nie wytrzymuje, zapala górne światło, a zjawa znika. Wychodzi, kończąc seans brutalnie, bez dyskusji.
„Wielkie rozdrażnienie”
W „Berghofie” narasta atmosfera powszechnej drażliwości i agresji. Kuracjusze łatwo wpadają w gniew, kłócą się o drobiazgi, a nawet dochodzi do rękoczynów. Co znamienne, inni nie łagodzą sporów, lecz emocjonalnie wciągają się w konflikty. Hans widzi, że ta „infekcja rozdrażnienia” udziela się niemal wszystkim, także jemu.
Pojawiają się konkretne incydenty: elegancka dama z Mińska po kłótni w sklepie dostaje krwotoku i zostaje już na stałe w sanatorium; młody uczeń wpada w furię o rzekomo zimną herbatę i publicznie znieważa kelnerkę. Skrajnym przykładem jest brutalna bójka Wiedemanna, fanatycznego antysemity, z kupcem Sonnenscheinem. Obaj rzucają się na siebie z dziką pasją, drapią i biją, aż zostają rozdzieleni.
Równolegle rozgrywa się groteskowo-patetyczna „polska sprawa honorowa”: seria oświadczeń, protokołów i policzków wymierzanych „w obronie honoru” kobiet. Dokumenty krążą po całym sanatorium, wzbudzając emocje i spory. Nawet Settembrini i Naphta czytają je z powagą, bez dystansu.
Na tym tle zaostrzają się ideowe starcia Settembriniego i Naphty. Naphta głosi skrajny sceptycyzm wobec rozumu, postępu i sprawiedliwości, relatywizuje wiedzę i wychwala radykalizm, nawet wojnę. Settembrini broni humanizmu i racjonalizmu. Ich spory stają się coraz bardziej osobiste i gwałtowne.
Kulminacja następuje podczas wycieczki do Monstein. Przy stole w gospodzie Leon Naphta prowokacyjnie podważa pojęcia wolności i postępu, mówiąc właściwie tylko do Hansa. Settembrini oskarża go o demoralizowanie młodzieży i nazywa jego działania bezeceństwem. Dochodzi do otwartego konfliktu honorowego. Naphta wyzywa go na pojedynek.
Ustalają pojedynek na pistolety. Hans, przerażony, próbuje bagatelizować sytuację i wierzy, że wszystko rozejdzie się po kościach. Rano spotykają się w odludnym miejscu. Settembrini deklaruje, że nie będzie zabijał. Gdy dochodzi do strzałów, Settembrini celowo strzela w powietrze.
Wtedy następuje wstrząsający finał: Leon Naphta, zamiast strzelać do przeciwnika, nazywa go tchórzem i po chwili strzela sobie w skroń. Pada martwy w śnieg. Settembrini i Hans podbiegają do niego, widząc śmiertelną ranę. Rozdział zamyka się obrazem jego ciała w zimowym pejzażu – jako skrajny efekt narastającej w sanatorium duchowej i psychicznej gorączki.
„Grom”
Hans Castorp spędza w sanatorium siedem lat, całkowicie odrywając się od świata „na dole”. Przestaje dbać o wygląd, zmieniają się jego miejsca przy stołach, aż trafia przy „gorszy stół rosyjski”. Personel i lekarze zostawiają go w spokoju, jak kogoś, kto już na zawsze należy do Berghofu. Traci więzi z dawnym życiem, nie koresponduje z nikim, nie śledzi kalendarza ani czasu, rezygnuje nawet z zegarka. Żyje w zawieszeniu, w poczuciu „wolności”, która jest w istocie odcięciem od rzeczywistości.
Czas płynie niepostrzeżenie, ale przynosi zmiany i śmierć. Umiera młody Teddy, którego Hans widział dorastającego. Umiera też jego wuj Tienappel. Wiadomość ta ostatecznie przecina więź Hansa z równiną, czyniąc jego izolację pełną.
Settembrini jest coraz słabszy po śmierci Naphty. Jego humanizm staje się bardziej polityczny i wojowniczy. Mówi o przyszłości narodów, postępie, demokracji, ale w jego słowach pobrzmiewa już duch konfliktu. Europa wchodzi w okres napięć politycznych. Dochodzą wieści o zamachach, mobilizacjach, wojnie. Świat historii brutalnie wdziera się do sanatorium.
Wybuch wojny działa jak grom. „Czarodziejska góra” traci swą moc. Kuracjusze masowo wyjeżdżają. Hans budzi się z wieloletniego snu duchowego i także decyduje się wrócić. Żegna go Settembrini, który widzi w tym los i konieczność.
Ostatnia scena przenosi nas na pole bitwy. Hans jest żołnierzem w pułku ochotniczym złożonym głównie z młodych ludzi. Maszerują w deszczu i błocie pod ostrzałem. Wielu ginie już w drodze. Hans biegnie z bagnetem, wyczerpany, śpiewa pod nosem prostą piosenkę, jakby w półśnie. Wokół wybuchają pociski, ciała są rozrywane, ziemia płonie.
Nie wiemy, czy Hans przeżyje. Narrator pozostawia jego los otwarty. Podkreśla tylko, że jego duchowe i cielesne doświadczenia były próbą dojrzewania poprzez chorobę, śmierć i izolację. Na końcu pojawia się pytanie, czy z tej orgii śmierci może kiedyś narodzić się miłość.
Koniec „Czarodziejskiej góry” to pożegnanie Hansa i refleksja, że jego historia była jednocześnie prosta i symboliczna – historią człowieka rzuconego między życie, śmierć, ducha i historię.
