Czwórka przyjaciół zebrana na pokładzie jachtu „Nellie”, zakotwiczonego na londyńskim nabrzeżu Tamizy, wysłuchuje opowieści kapitana Marlowa o jego wyprawie do Afryki centralnej. Zaczyna on swą opowieść od relacji z wizyty w gmachu dyrekcji spółki handlowej, posiadającej statki żeglujące po „tej rzece”, tj. Kongo, gdzie po spotkaniu z dyrektorem otrzymał nominację na stanowisko kapitana parowca w miejsce zmarłego niedawno kapitana Freslevena.
Po krótkich przygotowaniach Marlow wyruszył francuskim statkiem płynącym do Afryki wzdłuż wybrzeża, miał więc okazję obserwować kraj i ludzi. U ujścia Konga w stolicy terytorium przesiadł się na inny statek płynący w górę rzeki do stacji spółki. Na pierwszy rzut oka wyglądała ona na opuszczoną i zaniedbaną. Marlow zaobserwował wielu ludzi wykonujących bezcelową, bezużyteczną pracę. Ludzie ci byli wynędzniałymi, głodnymi czarnymi niewolnikami. Od ich wyglądu odbijał zaskakującą elegancją główny buchalter spółki. Od niego Marlow po raz pierwszy usłyszał o Kurtzu. Po dziesięciu dniach wyruszył z karawaną, złożoną z sześćdziesięciu ludzi w pieszą wędrówkę do odległej o 200 mil stacji centralnej. Po przybyciu na miejsce dowiedział się, że statek, którym miał dowodzić, zatonął, musiał więc wziąć się za jego wydobycie i naprawę.
Kilkumiesięczny pobyt w stacji dał mu okazję do poczynienia obserwacji stosunków panujących w koloniach. Wciąż mówiło się o kości słoniowej. „Zaraza głupiej chciwości przenikała to wszystko jak trupi zapach.”. Biali udawali, że pracują, zajmowali się natomiast knowaniami, spiskowaniem. Chodziło im tylko o to, by mieć udziały w zyskach kością słoniową. Od wielu z nich Marlow słyszał opinie o Kurtzu, agencie z odległej stacji, który leżał chory i któremu właśnie on miał płynąć na ratunek, jako o człowieku wybitnym, niepospolitym, który przysyłał więcej kości słoniowej niż wszyscy inni agenci razem wzięci, a przy tym był „wysłańcem miłosierdzia i nauki, i postępu, i diabli wiedzą czego tam jeszcze”, jak wyraził się fabrykant cegły, który nie produkował cegły, bo nie było z czego. Marlow zorientował się, że dyrektor i jego zwolennicy byli niechętni Kurtzowi, obawiali się go, więc prawdopodobnie celowo opóźniali wyruszenie statku z ratunkiem dla niego.
Mimo utrudnień Marlow naprawił statek i wyruszył w górę rzeki „do najwcześniejszych początków świata, gdy roślinność hulała sobie po ziemi, a królowały wielkie drzewa.”. Czuł się mały i zagubiony w obliczu pierwotnej dżungli, przerażali go też jej nieznani mu mieszkańcy. Od lęków uwalniała go praca, gdyż statek był wiekowy i wymagał stałych napraw, a żegluga po nieuregulowanej rzece była bardzo niebezpieczna.
W odległości 50 mil od stacji Kurtza wędrowcy dotarli do trzcinowej chaty, obok której leżał stos drewna, a w środku stara żeglarska książka i tajemnicza wiadomość, by się spieszyli, ale płynęli ostrożnie. Następnego dnia w gęstej mgle napadła na nich grupa tubylców, zasypując statek strzałami. W wyniku ataku zginęli palacz i sternik, ale dzięki broni palnej udało się go odeprzeć.
Po ataku Marlow jeszcze intensywniej myślał o Kurtzu, przypuszczając iż już nie żyje. Stworzył sobie w wyobraźni jego wizerunek jako człowieka utalentowanego, wybitnego i owładniętego ideą niesienia postępu i cywilizacji dzikim ludom.
Wkrótce po ataku statek dopłynął do stacji. Wędrowców przywitał młody Rosjanin, marynarz, wielbiciel Kurtza. To on zostawił wiadomość w opuszczonej chacie, on powstrzymywał tubylców przed wtargnięciem do stacji i opiekował się chorym Kurtzem. Ucieszył się bardzo z przybycia statku, gdyż liczył, iż zabierze on chorego i ocali go. Ostrzegł też Marlowa, że tubylcy mogą chcieć siłą zatrzymać Kurtza, który jest dla nich kimś w rodzaju bóstwa. Poinformował także kapitana o ceremoniach urządzanych przez krajowców wokół Kurtza, którzy czołgają się przed nim, tańczą, składają ofiary itp. i w ogóle ulegają mu, a on karze nieposłusznych, ścinając im głowy i nabijając je na pale. Marlow jest przerażony tym, co usłyszał, nie rozumie, kim właściwie jest ten Kurtz, kimś wybitnym, czy niebezpiecznym wariatem. Dostrzega jak zafascynowany jest nim Rosjanin, uświadamia sobie podniecenie tłumu dzikich, owładniętych czcią dla Kurtza, gotowych na wszystko na jego skinienie. On sam też był zaciekawiony - tyle już sprzecznych opinii zebrał o tym dziwnym człowieku. Wreszcie Marlow zobaczył Kurtza: wychudłego, wynędzniałego z powodu choroby, niesionego na noszach, ale wciąż władającego tłumem.
Umieszczono chorego w kabinie statku, a na brzeg wyległ tłum czarnoskórych, z którego wyróżniały się dwie wojownicze postacie z fantastycznymi przybraniami głów i piękna kobieta z mosiężnymi bransoletami na rękach i nogach oraz z mnóstwem naszyjników. Przez moment wydawało się, iż tłum rzuci się na statek, ale na znak kobiety cofnął się. Oddawszy Kurtza pod opiekę Marlowa, Rosjanin pożegnał się, bo zamierzał pozostać w dżungli, gdzie jak mówił miał wielu przyjaciół. W nocy Marlowa obudził dźwięk bębnów i mruczenie wielu ludzi, wymawiających jakieś zaklęcia, przechodzące w coraz głośniejsze wrzaski. Ze zdziwieniem skonstatował, że Kurtza nie ma. Pognał za nim, dopadł go i zmusił do powrotu.
Następnego dnia statek wyruszył w drogę powrotną. Tłum znowu wypłynął z lasu, ludzie krzyczeli, tańczyli, wymachiwali bronią. Na ich czele znowu pojawiła się kobieca wspaniała postać. Kurtz patrzył i słuchał „z wyrazem pełnym tęsknoty i nienawiści.”
W trakcie podróży Marlow i Kurtz wiele rozmawiali, a właściwie mówił Kurtz. O swych niezrealizowanych planach, o marzeniach, pobudkach, o potędze i sławie. Pewnego dnia wręczył towarzyszowi podróży pakiet z prośbą o przechowanie, a wkrótce potem zmarł wypowiadając słowa: „Zgroza! Zgroza!”.
Marlow wrócił do Brukseli z dokumentami Kurtza. Część z nich oddał przedstawicielom spółki handlowej, niektóre udostępnił dziennikarzom, a resztę postanowił oddać narzeczonej zmarłego. Odnalazł jej adres i odwiedził ją. Piękna dziewczyna żyła wiarą w posłannictwo narzeczonego, więc Marlow nie powiedział jej prawdy o okolicznościach jego śmierci, lecz skłamał mówiąc, że umierał on z jej imieniem na ustach. Ukrył też prawdę o działalności Kurtza w kolonii. „Nie mogłem jej powiedzieć: byłoby się zrobiło za ciemno - beznadziejnie ciemno.”. Słuchacze zupełnie nie skomentowali opowiadania Marlowa, lecz rozeszli się w milczeniu.
Czwórka przyjaciół zebrana na pokładzie jachtu „Nellie”, zakotwiczonego na londyńskim nabrzeżu Tamizy, wysłuchuje opowieści kapitana Marlowa o jego wyprawie do Afryki centralnej. Zaczyna on swą opowieść od relacji z wizyty w gmachu dyrekcji spółki
handlowej, posiadającej statki żeglujące po „tej rzece”, tj. Kongo, gdzie po spotkaniu z dyrektorem otrzymał nominację na stanowisko kapitana parowca w miejsce zmarłego niedawno kapitana Freslevena. Zadaniem Marlowa było dotarcie do stacji handlowej, którą kierował Kurtz, i udzielenie mu pomocy. Po wielu trudach Marlow dotarł do stacji. To, co tam zobaczył przeszło jego najśmielsze oczekiwania. W odległości 50 mil od stacji Kurtza wędrowcy dotarli do trzcinowej chaty, obok której leżał stos
drewna, a w środku stara żeglarska książka i tajemnicza wiadomość, by się spieszyli, ale płynęli ostrożnie. Na miejscu wędrowców przywitał młody Rosjanin, marynarz, wielbiciel Kurtza. To on zostawił
wiadomość w opuszczonej chacie, on powstrzymywał tubylców przed wtargnięciem do stacji i opiekował się chorym Kurtzem. Ucieszył się bardzo z przybycia statku, gdyż liczył, iż zabierze on chorego i
ocali go. Ostrzegł też Marlowa, że tubylcy mogą chcieć siłą zatrzymać Kurtza, który jest dla nich kimś w rodzaju bóstwa. Poinformował także kapitana o ceremoniach urządzanych przez krajowców wokół Kurtza, którzy czołgają się przed nim, tańczą, składają ofiary itp. i w ogóle ulegają mu, a on karze nieposłusznych, ścinając im głowy i nabijając je na pale. Marlow jest przerażony tym, co usłyszał, nie rozumie, kim właściwie jest ten Kurtz, kimś wybitnym, czy
niebezpiecznym wariatem.
Wreszcie Marlow zobaczył Kurtza: wychudłego, wynędzniałego z powodu choroby, niesionego na noszach, ale wciąż władającego tłumem. Chorego umieszczono w kabinie statku. W trakcie podróży Marlow i
Kurtz wiele rozmawiali, a właściwie mówił Kurtz. O swych niezrealizowanych planach, o marzeniach, pobudkach, o potędze i sławie. Pewnego dnia wręczył towarzyszowi podróży pakiet z prośbą o
przechowanie, a wkrótce potem zmarł wypowiadając słowa: „Zgroza! Zgroza!”.
- Spotkanie przyjaciół na jachcie.
- Opowiadanie Marlowa
- zaciągnięcie się do służby w spółce handlowej;
- Bruksela - podpisanie umowy i wyjazd do stacji spółki;
- naprawa parowca;
- wyprawa do stacji Kurtza;
- droga powrotna, śmierć Kurtza;
- wizyta Marlowa u narzeczonej Kurtza.
- Reakcja słuchaczy.
Bohaterowie zgromadzeni na pokładzie „Nellie”
Narrator - nieokreślony, niewiele o nim wiadomo, o pozostałych mówi: „jednoczyła nas więź morza”.
„Dyrektor różnych towarzystw” - gospodarz i kapitan jachtu, bardzo lubiany przez zgromadzonych na pokładzie.
Prawnik - starszy człowiek, o wielkiej ilości „cnót”, dzięki czemu dysponował jedyną na pokładzie poduszką i kołdrą.
Księgowy - z upodobaniem grywał w domino.
Charlie Marlow - „Miał zapadłe policzki, żółtą cerę, proste plecy, wygląd ascety, a ze swymi obwisłymi ramionami i rękami leżącymi na kolanach dłonią ku górze podobny był do bożka”. Jest narratorem opowiadania o wyprawie w górę Konga i spotkaniu z Kurtzem.
Bohaterowie opowiadania Marlowa
Fresleven - kapitan, który zginął na terenie stacji, kiedy usiłował skatować jednego z czarnoskórych, Marlow zastąpił go jako kapitan parowca obsługującego stacje.
Lekarz w Brukseli - orzekł, że Marlow jest zdolny do służby, przestrzegł go przed zmianami w psychice spowodowanymi życiem, na terenie, gdzie nie istnieje prawo i człowiek obcuje z niczym nie ograniczoną wolnością. Pasjonowały go zagadnienia ludzkiej psychiki. Poprosił Marlowa, żeby pozwolił zmierzyć swoją głowę. Na pytanie, czy będzie chciał ją zmierzyć również, kiedy Marlow wróci, odpowiedział, że jeszcze mu się nie zdarzyło spotkać ponownie z człowiekiem, który wyruszył w dzikie tereny doliny Konga, a poza tym „zmiany zachodzą w środku”.
Księgowy na stacji siedziby rządowej - niezwykle zadbany mężczyzna, noszący wykrochmalone mankiety i kołnierzyki. Jego elegancja rażąco kontrastuje z nędzą czarnoskórych pracujących tam przy budowie kolei.
Dyrektor stacji centralnej - „Mila pospolitą cerę, pospolite rysy, maniery i głos”. Podobnie jak inni z uwielbieniem mówił o Kurtzu, kierowniku jednej ze stacji na brzegu Konga, skąd przychodziło najwięcej kości słoniowej. Wybrał się na parowcu do tej stacji. W czasie podróży okazał tchórzostwo, bezmyślność.
Czarnoskórzy zatrudnieni przez Marlowa na parowcu - ludożercy, oddani pracownicy, nie zaatakowali, ku zdziwieniu Marlowa, białych na statku, choć byli silni i było ich więcej, a doskwierał im głód.
Kurtz - kierownik jednej ze stacji handlowych, cieszył się wielkim autorytetem, bo wysyłał niezwykłe ilości kości słoniowej i potrafił utrzymać w ryzach plemiona czarnoskórych. Do stacji centralnej dotarła wiadomość, że zachorował, dlatego wyruszono, by go ratować.
Młody Rosjanin - towarzyszył Kurtzowi, kiedy ten był już chory, starał się, aby nadeszła pomoc (Kurtz liczył, że dzicy nie dopuszczą parowca do jego stacji), jego sztukowany strój przypominał ubranie arlekina złożone z łat, kolorowe. Był zafascynowany Kurtzem. Jest w opowiadaniu symbolem rzetelnej pracy, która daje satysfakcję i wewnętrzny spokój.
Narzeczona Kurtza - kobieta przeświadczona o wielkości Kurtza, wierząca, że był prawym, szlachetnym mężczyzną, człowiekiem o niepospolitym umyśle, wielkiej osobowości, który bardzo ją kochał. Marlow oddał jej listy otrzymane od Kurtza przed śmiercią tamtego.
Wydarzenia rozgrywają się w czasach współczesnych autorowi (kolonializm, handel w koloniach). Opowiadanie ma kompozycję klamrową: na początku i na końcu opisano następującą sytuację: kilku przyjaciół - „związanych morzem” - siedzą na zakotwiczonym na Tamizie nieopodal Londynu jachcie „Nellie”. Akcja właściwa to opowiadanie jednego z nich, Charliego Marlowa, o wydarzeniach z niezbyt dalekiej przeszłości. Wydarzenia z
tego opowiadania rozgrywają się w Belgijskim Kongo (podróż bohaterów w górę rzeki, stacje handlowe położone na brzegu).
GENEZA: Utwór ma ścisły związek z biografią autora. J. Conrad rzeczywiście pracował jako dowódca niewielkiego parowca rzecznego w Belgijskiej Spółce Akcyjnej do Handlu z Górnym Kongo. Miał okazję obserwować stosunki panujące a koloniach, handel wyniszczający plemiona, barbarzyństwo, jakiego dopuszczali się biali na tych terenach. W opowiadaniu Jądro ciemności podjął ten temat, ale stał się on punktem wyjścia do rozważań nad stosunkami między ludźmi w ogóle oraz refleksji na temat zawiłości ludzkiej psychiki.
GATUNEK: Joseph Conrad nazywał Jądro ciemności nowelą. Podobnego terminu używa też wielu krytyków. Nie jest to jednak nowela w typie Boccaccia. Jądro ciemności różni się od klasycznej noweli długością oraz brakiem współczesnych realiów obyczajowych, którymi skrzy się Dekameron. Jądro ciemności tak uogólnia ukazane problemy, tak unika konkretów obyczajowych, że trudno jego akcję umieścić w czasie. Sposobem opisu rzeczywistości zbliża się Conrad do Stendhala i Guy de Maupassanta, ponieważ podobnie jak oni dba o drobne szczegóły: każda postać, miejsce są dokładnie i z bliska zaprezentowane.
Cechą gatunkową występującą w Jądrze ciemności jest jednotorowa, nieprzerwana akcja. Ta cecha oraz długość są charakterystyczne dla krótkiej powieści uprawianej chętnie przez współczesnych powieściopisarzy, zwanej czasem, za pozytywistyczną krytyką, szkicem powieściowym.
Postać Kurtza
Pisarz podjął w opowiadaniu problem zamiarów człowieka i ich efektów. Kurtz staje się dla tego zagadnienia kluczową postacią. wszyscy mówią o nim w superlatywach - jako o wybitnym człowieku, pełniącym cywilizacyjną misję na terenach, gdzie nikt nie ma odwagi i siły pracować, człowieku niezwykle odpornym, o wielkim harcie ducha, nieposzlakowanych zasad moralnych. W rozmowie, którą podsłuchał Marlow, zostają zacytowane słowa Kurtza dotyczące jego pracy w stacji handlowej: „Każda stacja powinna być jakby pochodnią na drodze ku lepszemu jutru, ośrodkiem handlu także, rzecz prosta, ale przy tym i humanitaryzmu, ulepszenia, oświaty”.
Tymczasem w praktyce Kurtz okazał się być zwykłym wyzyskiwaczem, tyranem, mordercą, dążącym do maksymalnych korzyści. Ustanowił coś na kształt własnego państwa, bezwzględnie tępił każdy przejaw buntu - czego symbolem jest palisada z ludzkich głów. Mówił o miłości bliźniego, humanitaryzmie i zabijał, gromadząc kość słoniową, którą następnie wysyłał do Europy. Posiadł także wewnętrzne przekonanie, że biali to rasa wyższa nad czarnych, stąd zupełnie naturalne, że czarni traktują białych ludzi jak bóstwa. Z jego referatu napisanego dla Towarzystwa Tępienia Dzikich Obyczajów wynika, że on sam stał się przedmiotem kultu i organizowano obrzędy na jego cześć. Referat pełen „wzruszających wezwań do wszelkich altruistycznych uczuć” kończy upiorna uwaga: „Wytępić te wszystkie bestie!”. Jest ona wymownym świadectwem prawdy, która została zasygnalizowana w opowiadaniu: natura ludzka kryje w sobie ciemne strony, nie wiadomo, jak zachowa się człowiek na terenie, gdzie nie obowiązują zasady cywilizacji, nie ma prawa, a więc groźby kary. Okazuje się, że w takich warunkach umysł ludzi jest skłonny do dewiacji, a człowiek do bestialstwa.
Postać Marlowa
Jest narratorem opowieści o Kurtzu, obserwatorem i człowiekiem, który zgłębia ciemności ludzkiej natury. Marlow odbywa podróż w dosłownym i symbolicznym znaczeniu tego słowa. Podróżuje także po ludzkiej psychice, podświadomości, bada jej zawiłości. Poznając Kurtza na podstawie opowiadań nabiera podejrzeń co do jego natury. Widząc efekty jego działalności, jest przerażony. Słyszy jego ostatnie słowa, podsumowujące jego życie: „Zgroza! Zgroza!”. Mimo to Marlow nie burzy wyobrażeń narzeczonej o Kurtzu, kłamie oświadczając, że zmarł z jej imieniem na ustach.
Obserwując działalność Kurtza, poznając go Marlow zadaje podstawowe pytania o kondycję ludzką: jak to się dzieje, że czujemy braterstwo z innymi ludźmi, dlaczego jedni ludzie mają hamulce moralne, a inni tak łatwo je tracą; dlaczego człowiek czuje głęboką więź z jednymi ludźmi, a instynktownie unika innych (np. Marlow czuje pokrewieństwo z dzikimi czarnoskórymi i wstręt wobec sytych i eleganckich pracowników stacji handlowych, na których umierają czarni).
Postać Marlowa bywa utożsamiana z Conradem nie tylko w związku z autobiografizmem opowiadania. Uważa się, że podobne wnioski i rozterki przeżywał autor obserwując stosunki panujące na terenie kolonii i „misję cywilizacyjną” pełnioną tam przez białych.
Symbolizm
Symboliczny jest już tytuł utworu. Jest on wieloznaczny i trudny do zinterpretowania. Jądro ciemności może oznaczać:
- zło panoszące się na terenach zajmowanych przez białych;
- zło, do którego jest zdolny człowiek, ciemną stronę ludzkiej psychiki;
- tereny obce, nieznane, ciemne miejsca na mapie ludzkiego poznania (zarówno pod względem geograficznym - dolina Konga; jak i w przenośni).
Interpretatorzy twórczości Conrada są zgodni co do wieloznaczności tego symbolu i braku możliwości jednoznacznej interpretacji.
Żyjący w latach 1857-1924 Joseph Conrad (Teodor Józef Konrad Korzeniowski), angielski pisarz polskiego pochodzenia, był synem Apollona Korzeniowskiego, poety i tłumacza. W dzieciństwie razem z rodzicami udał się na wygnanie w głąb Rosji (1862-1867). W wieku 17 lat zdecydował się na wyjazd do Francji, gdzie został marynarzem. Od roku 1878 pływał już w angielskiej marynarce handlowej, dochodząc do stopnia kapitana. W roku 1894 przestał pływać, osiadł w Anglii i rozpoczął karierę pisarza. Wykorzystywał własne doświadczenia zdobyte w ciągu dwudziestu lat, jakie spędził na morzu. Napisał między innymi: Lorda Jima (1901), Jądro ciemności (1902), Tajfun (1903), Smugę cienia (1914).