Egzamin maturalny jest silnym źródłem stresu dla setek uczniów. Widmo tak ważnego testu spędza im sen z powiek, odbiera radość, powoduje nieprzespane noce, psuje humor, odbiera smak jedzeniu, nieprzerwanie zaprząta umysł. Ja sam nie jestem wyjątkiem od tej reguły i również wiążę ze zbliżającą się maturą spore obawy.

Moją pierwszą obawą a raczej zbiorem obaw, są czynniki losowe, mogące wpłynąć na wynik tego egzaminu. Wystarczy jedno niezrozumiałe zadanie; jeden trudny bądź wyrwany z szerszego kontekstu fragment tekstu, by wpłynąć na ostateczny wynik z matury i zaprzepaścić szansę na studia. Wystarczy ten a nie inny egzaminator, by diametralnie zmienić tor losów życia.  Problemem mogą być też czynniki zależne od samego zdającego. Stres i odpowiedzialność mogą przytłoczyć egzaminowanego, prowadząc do porażki na maturze. Jedna minuta spóźnienia może wywołać istny efekt motyla, którego wpływ na przyszłość może być tragiczny. Zresztą wystarczy zwykły ból zęba tego, jakże ważnego dnia, by całe lata ciężkiej pracy poszły na marne, w wyniku obniżonej koncentracji. A trzeba pamiętać, że Prawo Murphy’ego jest nieubłagane i jeżeli coś może pójść źle to na pewno pójdzie. Tak więc myśl o dniu, w którym zadecyduje się cała moja przyszłość przyprawia mnie o dreszcze.

Moim największym kłopotem z maturą z języka polskiego, jest jednak czytanie ze zrozumieniem. Zadanie to zawsze mnie denerwowało, ponieważ tekst to nie praca matematyczna, więc jego interpretacja nie jest oczywista i powinna być tu dozwalana jak największa swoboda a nie narzucany klucz z jedynymi „właściwymi” odpowiedziami. Kto ma decydować o właściwym zrozumieniu intencji autora? Czy szkoła może ograniczać dzieła literackie, decydując o jedynej właściwej interpretacji? Jest to bardzo kontrowersyjne. Bezsens tego typu ćwiczeń, najlepiej pokazał eksperyment dziennikarza Tomasza Rożka. Napisał on książkę popularno-naukową „Nauka po prostu”, której fragment został wykorzystany na maturze w roku 2013.  Z ciekawości sam autor fragmentu rozwiązał egzamin i wyniki były szokujące. Na egzaminie z własnego tekstu otrzymał siedemdziesiąt procent! Czy tak słaby wynik oznacza, że nie rozumie tego co pisze, a może pani w Ministerstwie Edukacji Narodowej, odpowiedzialna za stworzenie klucza odpowiedzi, lepiej wie co miał na myśli? Ukazuje to iluzoryczność prawdziwego testowania zrozumienia tekstu. W jaki sposób można zdać test, jeśli sam autor nie jest w stanie „zrozumieć” na tyle własnego dzieła, by osiągnąć dobry wynik. To oznacza, że testy te trzeba zdawać nie racjonalnym rozumowaniem, lecz uczeniem się na pamięć ścieżki ich rozwiązywania. Czy naprawdę chcemy by młodzież, uczyła się powtarzania utartych schematów? Jak powiedział niemiecki filozof Artur Schopenhauer: „Zdrowy rozsądek może zastąpić prawie każdy stopień wykształcenia, lecz żadne wykształcenie zdrowego rozsądku.”

Kilkanaście spiętych z sobą kartek zapisanych w przeciągu ciężkich godzin egzaminowania zadecyduje o tym jak potoczy się całe moje życie. Największe moje obawy rodzi czytanie ze zrozumieniem, na które to z udzieleniem odpowiedzi kłopoty mają nawet sami autorzy tekstów. Uważam, iż matura wiąże się z dużym ryzykiem z strony takich czynników, jak choroby, słaba koncentracja, czy pechowy temat wypowiedzi pisemnej. Jednak mimo wszystko żywię nadzieję, że wyjdę z tej sytuacji obronną ręką.

Żal tylko, że jak powiedział Seneka młodszy „Uczymy się dla szkoły, nie dla siebie” i większość rzeczy, których jesteśmy zmuszeni nauczyć się do matury jest nam tak naprawdę niepotrzebna.