Jak zwykle w sobotnie popołudnie siedziałam przy biurku odrabiając lekcje, lecz tym razem nie mogłam skupić się na żadnym zadaniu. W tejże chwili chciałam cofnąć się do czasu gdy byłam jeszcze niczego nieświadomą, maleńką istotą zwaną niemowlęciem. Zaczęłam jednak myśleć nad tym jak wyglądałby świat gdybym to ja go stworzyła. Moja utopia, mój świat, moje marzenia...te myśli krążyły w mojej głowie i nie pozwalały mi rozwiązać zadania z matematyki. Nagle poczułam, że coś szarpie mnie do tyłu i nim się zorientowałam widziałam siebie i swój pokój zza lustra, a za rękę trzymała mnie jakaś dziwna istota o tęczowych skrzydełkach. Zdziwiona patrzyłam na siebie i swój pokój, gdy nagle skrzydlate stworzenie zniknęło. Dopiero teraz odwróciłam się i nagle zaparło mi dech, szaro-mleczna mgła pokrywała wszystko, była tak gęsta, że nie było niczego widać. Zaczęłam iść przed siebie, a każdy krok otwierał mi jakby kolejne drzwi, wszystko zaczęło się zmieniać, mgła się przerzedzała. W końcu doszłam do miejsca tak przerażającego, którego nie można nazwać inaczej niż całkowitą pustką. Ogarniała mnie ciemność. Zrobiło się zimno. Pomyślałam że miło by było się ogrzać i nagle pojawił się kominek! Teraz zaczęłam rozumieć, to było miejsce, które ja muszę stworzyć! Przypomniałam sobie krainę moich marzeń i...dopiero teraz poczułam całkowitą lekkość. Jak dziecko, które dostało pierwsze kredki zaczęłam tworzyć. Początkowo widziałam delikatne linie, niepewne kolory i tak jasny szkic, że prawie zlewał się z niewyraźną, białą kartką wyobraźni. Z każdą chwilą stawał się coraz bardziej wyrazisty, aż zobaczyłam! Z pozoru normalny, szary światek, ale sama świadomość obecności w nim przyprawiała mnie o delikatne i niezwykle przyjemne dreszcze przebiegające całe ciało...Ruszyłam by obejrzeć całą krainę. Szłam coraz dalej...teraz widziałam już nie tylko zarys, ale całą piękną dolinę. Stanęłam i zaczęłam rozglądać się wokół, ujrzałam cudowne zielono-błękitne, jasne morze, czysty i zielony las porośnięty bujną, soczystą, polną trawą, góry tak wysokie, iż szczyty gubił się gdzieś w krainie słonecznych cieni...Tak, było tu pięknie, ale nie widziałam żadnego stworzenia, ani osoby, czułam samotność. Nagle podbiegła do mnie dwójka dzieci.

- Jestem Powiew. Nie jesteś stąd, prawda? - przemówił chłopczyk o liliowych oczach.

- Nie wiem... - odpowiedziałam nieśmiało.

- Ja jestem Duszyczka. Chodź, chodź pokażemy ci jak się bawimy- zaświergotała dziewczynka o oczach różowych jak wschód słońca i zaczęła biec razem z chłopcem w stronę lasu. Chętnie ruszyłam za nią. Moje bose stopy dotykały wilgotnego, chłodnego i kojącego mchu. Dzieci zatrzymały się na pięknej wrzosowej polanie i nagle zniknęły. Położyłam się na tej pięknej łące i od razu zaczęło nade mną latać pstrokate ptaszki wykonując jakby jakiś podniebny taniec. Czułam się niebiańsko lekka, taka szczęśliwa, opuściły mnie szare myśli rzeczywistego świata. Wstałam i nagle ktoś złapał mnie od tyłu, odwróciłam się i spostrzegłam znajome "potworki" tym razem w towarzystwie innych osób takich jako one, ale sądząc po wzroście starszych.

- To nasza mama - pokazały kobietę o pomarańczowych oczach.

Nagle dziewczynka i chłopiec podbiegli do mnie i przytulili, a za nimi zrobili to inni. Nie byłam zrażona tym bliskim okazywaniem uczuć. Wszyscy zebrani zaczęli śpiewać, a ich głosy pieściły moje uszy jak dźwięki harfy...

- Uczysz się? - usłyszałam znajomy głos mamy budząc się.

- Tak, tak już zaczynam - odpowiedziałam.

Później zrozumiałam, że ta kraina odzwierciedla moje wnętrze, że mogę się czuć tak zawsze kiedy chce, bo to jest w moim sercu. Często wracam do tej krainy i śmieję się razem z Duszyczką i Powiewem...a właściwie ich duszami, które wędrują tak jak moja...