Film "Faraon" należy chyba już do klasyki polskiego kina. Było to niewątpliwie jedno z tych dzieł, które stanowiły o wielkości polskiej kinematografii. Na ekranach pojawił się w roku 1966 i od razu zyskał popularność. Jak na owe czasy był to film wykonany z wielkim rozmachem. Jego adaptacja wymagała wielkich nakładów sił i środków. Każdy statysta, a było ich około 150 000, w większości żołnierzy zaprzyjaźnionego z nami wówczas Związku Radzieckiego, którzy zostali specjalnie ucharakteryzowani przez twórców, aby wiarygodnie udawać Egipcjan. Podczas kręcenia filmu zostało wykorzystanych około 40 000 tysięcy rekwizytów, a scenografia to dziewięciometrowe dekoracje ustawiane na naszych polskich pustyniach. Jednak każda wydana na ten film złotówka okazała się być warta.

Jerzy Kawalerowicz, bo to on podjął się wyzwania, jakie stanowi przeniesienie na ekran owej powieści, barwnie przedstawił losy młodego faraona, który stara się objąć tron. Widzimy jego walkę z kapłanem - oczywiście jest to walka o władzę, widzimy również wątek miłosny, jakim jest walka o miłość do Sary, Żydówki. Mimo że teoretycznie film jest wiernym odtworzeniem literackiej rzeczywistości, to jednak nacisk kładzie on na inne aspekty. Reżyser oraz autor scenariusza - Tadeusz Konwicki postanowili, że głównym wątkiem będzie tragizm bohatera głównego - Ramzesa, który w filmie ukazany jest jako buntujący się przeciwko kapłanom, autorytetom i faktycznym władcom Egiptu. Jego oponent - Herhor jest więc przedstawiony jako czarny charakter, który potępia niemal każdą decyzję młodzieńca. Historia ta więc opowiada o problemie podejmowania walk z totalitaryzmem jako systemem władzy, o czym w latach sześćdziesiątych w dwudziestowiecznej Polsce głośno rzec nie było wolno.

Do zagrania w filmie zaproszono wielkich aktorów, ale rolę główną oddano nieznanemu jeszcze wówczas aktorowi - Jerzemu Zelnikowi. Trzeba przyznać, dobrze wykorzystał możliwość zdobycia popularności - w filmie pokazał, że nie tylko jest niezwykle przystojnym młodzieńcem, ale i dobrym aktorem. Herhorem został Leszek Herdegen, natomiast rolę Kamy otrzymała wspaniała Barbara Brylska. Wszyscy aktorzy, których teraz nie sposób wymienić okazali się być doskonali. Nikt nie starał się wyjść poza powierzoną im rolę, nie tworzył własnych wizji. Mimo to wykreowane role nie tracą na atrakcyjności.

Jak już zostało powiedziane - scenografia i charakteryzacja pochłonęły wiele i pracy i środków, jednak widać, że osoby, które przy nich pracowały, wiedziały od początku, jaki efekt chcą osiągnąć i do pracy przyłożyły się całym sercem. Jedynym mankamentem scenografii były… piramidy, tak różne, niestety na niekorzyść, od tych prawdziwych, egipskich. Myślę jednak, że jak na ówczesne czasy, film wykorzystał wszystkie możliwości. Wystarczy wspomnieć o niesamowitej scenie zaćmienia słońca, która została zrealizowana poprzez zmianę kliszy na czarno - białą - było to nietypowe, jednak wyjątkowo trafne rozwiązanie. Podobnie rzecz się ma z muzyką, która nie jest może zbyt obfita w ilość, jednak doskonale oddaje klimat starożytnego Egiptu.

Praca, jaką pan Kawalerowicz włożył w realizację tego dzieła została doceniona. Film ten był nominowany do nagrody Oskar w roku 1967, kategoria: filmy zagraniczne. Niestety tej nagrody nie otrzymał. Nie świadczy to źle o filmie. Po prostu nie udało się mu spełnić szalenie wysokich wymagań stawianych przez organizatorów. Ja osobiście cenie ten film wielce i jedyną moją żałością jest to, że do naszych czasów zachował się on w tak fatalnej kopii, że czasami ciężko się go ogląda. Obraz ten, mimo że historia barwna i ciekawa, jest wyblakły i często niewyraźny…