Niektórzy lubią poezję…

„Niektórzy – czyli nie wszyscy. Nawet nie większość wszystkich, ale mniejszość…” Tak mówi Wisława Szymborska w jednym ze swoich wierszy. Polska eseistka, felietonistka, filozofka, która w 1996r. dostała literacką Nagrodę Nobla. Wspaniałe wyróżnienie, przez wielu artystów długo oczekiwane, a tylko przez nielicznych – najlepszych – otrzymywane. Czemu więc tak niewielu ludzi potrafi sprecyzować i docenić to, za co nasza poetka została nagrodzona? Może odpowiedź znajdziemy w tytule… Czy jednak fakt, że poezja lubiana tudzież rozumiana jest jedynie przez wąskie grono koneserów, usprawiedliwia nas i pozwala być obojętnym na jej istnienie?...

24.11.08r. na Starówce odbyło się przedstawienie pt. „Radość pisania” poświęcone właśnie poezji noblistki. Wybór tekstów i reżyseria były dziełem Aleksandry Ford. Natomiast recytacja należała przede wszystkim do absolwentek Prywatnej Wyższej Szkoły Teatralnej, chociaż organizatorka przedsięwzięcia również miała w nim swój udział. We wstępie podano informacje dotyczące życia i twórczości Wisławy Szymborskiej. Następnie rozpoczęto właściwą część, której towarzyszył podkład muzyczny.

Biografia przedstawiona na początku była, według mnie, zbyt długa i nieszczególnie ciekawa, można nawet stwierdzić, iż wyjątkowo nużąca. Zawierała między innymi wiele różnych dat, szczegółowo opisujących życie poetki, a mających niezbyt duże znaczenie. Ponadto obfitowała w tytuły rozmaitych wierszy, felietonów tudzież imiona i nazwiska osób, bliżej znanych tylko Szymborskiej. Widz próbował zapamiętać każdą informację, myśląc, iż jest ona wstępem do opisu ważnego wydarzenia w jej życiu, podczas gdy okazywała się jedynie nieznaczącym epizodem lub nawet zdaniem wyrwanym z kontekstu. Wprowadzało to zamieszanie w toku myślenia osoby siedzącej na widowni i pozbawiało chęci dalszego słuchania. Doprowadziło to do negatywnego nastawienia względem całego przedstawienia.

Kiedy Aleksandra Ford skończyła czytać informacje, rozpoczęła recytację. W mojej opinii była ona nienaturalna i nieciekawa. Mówiła z przesadną emfazą, często kładąc niewłaściwy nacisk na poszczególne wyrazy, a nawet całe wersy. Ponadto pompatyczna mimika jej twarzy przeplatała się z przesłodzonymi uśmiechami, co zwykle kolidowało z przesłaniem wiersza. Przez to jej interpretacje były nierzadko trudne do zrozumienia. Naturalnie każdy może wydobywać i wyjaśniać na swój sposób sens wiersza, nie mniej trzeba mieć niejakie pojęcie dotyczące znaczenia przeróżnych, zawartych w nim zwrotów.

Ku uciesze mojej i wielu innych widzów, nie tylko pani Aleksandra zaszczyciła nas swoją obecnością na scenie. Poza nią występowały również cztery inne, początkujące aktorki, które, mimo iż interpretowały wiersze w swój sposób, robiły to znakomicie. Potrafiły pokazać i odpowiednio wyeksponować różne walory poezji Szymborskiej, według ujęcia osoby recytującej. Ich gra była wprost rewelacyjna. Każda z dziewcząt miała w sobie jakąś wyjątkową cechę, dzięki której wyróżniała się spośród innych. Jedna z nich na przykład niesamowicie śpiewała. Ten krystalicznie czysty, wyćwiczony głos ubarwił jej występ, który z początku wydawał się być znacznie mniej porywający. Inna zaś, mimiką swojej twarzy potrafiła przekazać wszystkie emocje, jakie wywołał w niej dany utwór. Nawet nie rozmyślając nad sensem wypowiadanych słów, widz mógł doskonale zrozumieć przekaz młodej aktorki. Kolejna natomiast, nawiązywała niesamowicie silny kontakt wzrokowy z każdym siedzącym na wprost niej. Na domiar tego mówiła spokojnym, cichym głosem, co powodowało mocniejsze skupienie i pozwalało lepiej poczuć atmosferę kreowaną przez nią. Niemniej, zdarzały się momenty, w których raptownie podnosiła głos, wręcz krzyczała. Według mnie świetnie w ten sposób przekazała odczucia, jakie wiązała z przesłaniem wiersza. Wiele osób jednak uważało, że jej zbyt głośna wypowiedź rozpraszała słuchacza, a często w ogóle była zbędna. Ja jednak sądzę, iż w skupieniu przeszkadzał nie tyle jej krzyk, co raczej złe nagłośnienie sali oraz jej nieprzystosowanie do wystawiania jakichkolwiek przedstawień. Otóż jest ona zbyt mała i nieodpowiednio skonstruowana, więc dźwięk źle się w niej rozchodzi, a co za tym idzie, trochę zdeformowane zostają wypowiedź oraz podkład muzyczny, który, notabene, czasem niezwykle dobrze podkreślał nastrój, a czasem – burzył go. Wszystko to za sprawą nierzadkich spóźnień operatora odpowiedzialnego za włączenie bądź wyłączenie muzyki. Pozytywem jednak był fakt, iż utwory całkiem trafnie dobrano do całego przedstawienia.

Warto również wspomnieć o scenografii albo raczej – jej braku. Na scenie stał jedynie stół przykryty obrusem, na którym znajdowało się kilka przedmiotów i zdjęcie Szymborskiej. Oczywiście trudno dobrać jakiekolwiek opracowanie plastyczne oprawy takiego widowiska. Brakowało mi jednak jakichś dekoracji czy rekwizytów jednoznacznie wskazujących na temat przedstawienia. Muszę jednak przyznać, iż stroje aktorek były adekwatne do okazji, więc pod tym względem nie mam nic do zarzucenia.

Nie można też zapomnieć, że spektakl podzielono przerwą na dwie części. W mojej opinii antrakt ten był wyjątkowo zbędny. Nie dość, iż zrobiono go zbyt późno, to jeszcze zburzył on całą, wcześniej tak misternie stworzoną atmosferę, przez co widownia rozkojarzyła się. Ponadto nastrój nie został już odbudowany, więc większość z niecierpliwością czekała na koniec tego (i tak zbyt długiego) przedstawienia.

Podsumowując, od strony technicznej nie przygotowano zbyt dobrze tego widowiska. Spektakl był prawie pozbawiony scenografii, a jego podkład muzyczny sinusoidalnie, raz schodził poniżej przeciętnych oczekiwań, to znów wznosił się i spełniał wszelkie wymogi. Ogromną rekompensatą jednak można nazwać wręcz fenomenalną grę aktorską absolwentek PWST. Dlatego właśnie gratuluję odtwórczyniom genialnego przedstawienia, które szczerze polecam, choć nie wszystkim. Uważam, że jest ono jedynie dla osób ceniących poezję znacznie wyżej niż doznania wizualne i słuchowe, gdyż one zobaczą w nim więcej, niż tylko pięć osób stojących na scenie i recytujących wiersze Wisławy Szymborskiej.