Miasto przedstawione w powieści Fiodora Dostojewskiego to Petersburg, jedno z najbogatszych zresztą miast ówczesnej carskiej Rosji wprawia czytelnika w przygnębienie. Ludzie są w nim jednak nie godnymi obywatelami, lecz szczurami gnieżdżącymi się po śmierdzących klitkach, odrapanych kamienicach, dzieci są wiecznie nie umyte i głodne, zaś dorośli okrutni i dla nich i dla siebie. Także moralność takiego społeczeństwa, pełnego alkoholików, złodziei i ulicznych prostytutek, to wynaturzenie prawa ogólnoludzkiego. W takiej atmosferze i wśród podobnych ludzi nie można się dziwić, że w Raskolnikowie zalągł się pierwiastek zbrodni i późniejsza chęć mordu. Akcja skupia się głównie w okolicach placu Siennego, gdzie pije Marmieładow, kiedyś znaczący urzędnik, gdzie mieszka Raskolnikow, kiedyś dobrze rokujący student, gdzie sprzedaje się musząca utrzymać rodzinę Sonia i gdzie w końcu mieszka jej rodzeństwo, którego opieką zajmuje się coraz bardziej popadająca w chorobę i obłęd Katarzyna, jej macocha. W rozmowach postaci "Zbrodni i kary" często pojawiają się pieniądze, jednak nie te posiadane, lecz tracone na lichwie, na piciu, na niezapłaconych mieszkaniach i chorobach. Jest to świat lichwiarzy, weksli, długów i niezapłaconych należności. Nie można nie przypomnieć, że był to również świat Dostojewskiego, borykającego się z podobnymi problemami w czasie pisania powieści.

Ważna dla lepszego zrozumienia "Zbrodni i kary" jest konstrukcja przestrzeni w niej wyrażona. Każda prawie scena ma miejsce w jakiejś ograniczonej, zamkniętej przestrzeni, pokoju, komisariatu, czy baru. Ważna jest charakterystyka tych miejsc wprawiająca czytelnika w niesmak i zakłopotanie przedstawiającą się w nich nędzą. Pokój Raskolnikowa to nie mieszkanie, lecz dosłownie łóżko wciśnięte w parę metrów kwadratowych. I choć jest ono tanie, nawet na opłacenie tak niskiego standardu Rodion nie ma środków finansowych. "Była to maluteńka klitka, jakie sześć kroków długa, żałośnie wyglądająca ze swoją żółtawą, zakurzoną, poodlepianą tapet, a tak niska, że człowiek choć trochę słuszniejszy czul się tu nieswojo, co chwila czekając, że zawadzi głową o sufit. Umeblowanie było odpowiednie: trzy stare, koślawe krzesła, zabejcowany stół, na którym leżało kilka zeszytów i książek - gruba warstwa kurzu świadczyła, że od dawna nie dotykała ich niczyja ręka - wreszcie pokraczna, duża sofa, zajmująca bez mata całą ścianę i połowę szerokości izdebki, niegdyś obita kretonem, teraz obdarta i zastępująca Raskolnikowowi łóżko. [...] Przed sofą stał stoliczek. Trudno było o większe zaniedbanie i niechlujstwo [...]". W takim otoczeniu nie dziwi pogłębiająca się frustracja mieszkańca. Była to prawie trumna, w której za życia musiał wegetować ten młody człowiek. To w tym otoczeniu ukrywa początkowo, za rozdarta tapetą, ukrywa Raskolnikow kosztowności.

Podobne wnętrze jest też otoczeniem prostytuującej się dla polepszenia życia swojej rodziny Soni. "Pokój Soni przypominał mansardę, miał kształt bardzo nieprawidłowego czworokąta, co sprawiało jakieś pokraczne wrażenie. Ściana o trzech oknach wychodzących na kanał przecinała pokój jakoś na ukos, skutkiem czego jeden kąt, niesamowicie ostry, umykał gdzieś w głąb, tak że przy lichym oświetleniu trudno go było dobrze widzieć; za to przeciwległy kąt był szkaradnie rozwarty. W całym tym dużym pokoju prawie nie było sprzętów. W kącie na prawo mieściło się łóżko; obok niego, bliżej drzwi krzesło oraz kuchenny stół, dwa plecione fotele i komoda z surowego drzewa. Żółtawe, odrapane i zasmolone tapety poczerniały we wszystkich załomkach; snadź w zimie bywało tu wilgotno i zimno. Bieda biła w oczy".

Można wiec powiedzieć, ze człowiek żyjący w tak podłych warunkach na zasadzie kameleona zmienia swoja psychikę w sposób przystający do tła. Tylko niezwykle silne osobowości, jak Sonia, mogą znaleźć oparcie w dobru własnej duszy, te słabe jak Raskolnikow podlegają temu prawu niestety w pełni.