Pamiętam jak dziś,dzień w którym zauważyłem,że brak mi czegoś w moim życiu. Słońce piekło w różane policzki przechodzących parkiem panien, a wiatr wyprowadził się na ten dzień w chłodniejsze rejony, by tam podwijać sukienki, zwiewać kapelusze i rozwiewać włosy przechodniom. Pamiętam,że siedząc da drewnianej, podniszczonej przez czas ławce spoglądałem na przechodzące, radosne dzieci, goniące za kolorową piłką. Obserwowałem jak psy uganiają się za gołębiami, które zawsze, jakimś cudem, w odpowiednim momencie znikały z ich pola widzenia. Przyglądałem się mijającym mnie parom, młodzieńcom uganiającym się za kokietującymi ich dziewczętami. Myślałem,o świecie, który mnie otacza, o pożądaniu, jakie nami kieruje. Uświadomiłem sobie, iż nawet najmniejsi, jak dzieci, nawet najprostsze umysły, jak te psie, mają coś tylko dla siebie. Każdy z tych młodzieńców goni za uczuciem do swej wybranki serca, ich dusze ciągną ku sobie. I zastanawiałem się, dokąd dąży moja dusza? Czego szukam? Czego pragnę? I uświadomiłem sobie, że zgubiłem gdzieś swoje pragnienia,że niczego już nie pragnę. Podniosłem siebie i swoją duszę ze starej, zniszczonej ławki, towarzyszki moich osamotnionych westchnień i udałem się na przechadzkę, po rozgrzanym w słońcu parku. Znów minąłem kilka sennych miłością par, hordę psów goniącą ptactwo i grupkę niewinnych dzieci, kopiących piłkę. Uświadomiłem sobie,że wszyscy oni są czymś zniewoleni, za czymś podążają. Zatrzymałem się i spojrzałem w górę, prosto w błękitne, przesłonione promieniami słońca niebo. W tamtej chwili zrozumiałem, gdzie są moje zagubione pragnienia, gdzie jest coś, co sprawi,że moja dusza się uśmiechnie. Zrozumiałem do czego dążę. Dążę do wolności, do niezależności, do pełni swobody. Odnalazłem w swoim życiu pragnienia, odkryłem, że i ja mam coś, za czym biegnę, coś co próbuję dogonić, czemu nie chcę pozwolić odlecieć.