Nigdy nie przypuszczałam, że zdobędę się na taki „uczynek”. Zawsze liczyła się tylko wygrana. Każdy kto mnie znał dobrze o tym wiedział.

Przygotowywałam się do zbliżających się krok po kroku zawodów w stolicy. Miało to być największe wydarzenie w moim życiu. Łowcy talentów, ogromna publiczność, sława i wszystko o czym marzyła piętnastoletnia nastolatka, od dziecka wychowywana na wielkiego sportowca. Rodzice - legendy sportu – od dziecka wpajali mi do głowy jedną zasadę: „Liczy się tylko wygrana”. Inni mi zazdrościli – młoda nastolatka w dodatku popularna, bogata i mająca nie ograniczone możliwości. Miałam wszystko czego  inne dziewczęta pragnęły z całego serca. Choć miałam wszystko, jedyne czego mi brakowało to – miłości, poczucia, że ktoś mnie potrzebuje, że dla kogoś jestem ważniejsza niż własna kariera, pozycja i popularność. Tacy właśnie byli moi rodzice. Nigdy z ich strony nie zaznałam prawdziwej miłości. Może żywili do mnie miłość ale nie była to miłość jako do osoby, do własnego dziecka. To była miłość do moich umiejętności sportowych i przyjemność jaką czerpali z mojej popularności w świecie sportu. Na każdej imprezie sportowej wychylali się poza kurtynę, wchodzili na scenę i odgrywali główne role. Ja musiałam się wtedy usuwać się w cień i czekać aż przyjdzie kolej na odegranie roli bohatera epizodycznego. Gdy tylko się zbudzę już słyszę z pokoju rodziców, znajdującego się obok, dyskusje na tematy „co będzie dziś trenować Ania”, „jaki grafik zajęć ruchowych dla niej przygotować”, „na jaką galę sportową pójdzie w weekend” i inne podobne. Oczywiście każdy temat dyskusji nawiązywał do sportu i mojej kariery sportowej. Tak przez piętnaście lat wyglądało moje życie. Gdy byłam małym, rozpuszczonym dzieckiem traktowałam to jako dobra zabawę i nie wyobrażałam sobie innego życia. Do ukończenia trzeciej klasy było w miarę dobrze. Wiedziałam, że moi rodzice kochają sport, ale miłość w końcu przerodziła się w obsesję. W chwili rozpoczęcia czwartej klasy wiedziałam, że otwieram nowy rozdział książki mojego życia. Wiedziałam, że nigdy już nie będzie tak jak dawniej, i że świat lalek, baśni i bajkowych stworów zamknął swe wielkie wrota i już nigdy ich przede mną nie otworzy. Tak też było, zdawałam sobie sprawę, że już nie mogę być nadal małą dziewczynką i powinnam trochę wydorośleć. Moi rodzice też to wiedzieli, jednak traktowali mnie zbyt surowo jak na dziecko dopiero wkraczające i odkrywające tajniki dorosłości. W tamtym okresie jedynym moim oparciem i osoba dla której na prawdę się liczyłam była moja babcia. Jednak w rok później zmarła. To był najgorszy okres w moim życiu. Babcia zawsze mnie wspierała, w pewnym sensie stała się moją przyjaciółką, toteż jej śmierć bardzo przeżyłam. Był to dla mnie cios prosto w serce. Zamknęłam się w sobie na dłuższy czas. Rodzice nie przejmowali się tym zbytnio, to też prawie siłą wyciągali mnie z pokoju na treningi. Ich zachowanie coraz bardziej zaczęło mnie od nich oddalać, czułam jak powoli tracę rodziców, aż w końcu stali się mi obcymi ludźmi, z którymi nie mogę o niczym porozmawiać, jedynie o sporcie i mojej karierze. Tylko to dla nich się liczyło, tylko to było ważne. Od śmierci babci nie miałam z kim porozmawiać, komu się zwierzyć, nie miałam nawet żadnej koleżanki. Nie dziwię się im, skoro sama nie chciała bym przyjaźnić się z „krnąbrną lalunią, myślącą tylko o sobie i krytykującej każdy ruch innych.”

Takie życie miałam przez całe piętnaście lat - samolubne, przepełnione sportem, karierą i potrzebą miłości – aż w końcu nadszedł dzień, który odmienił całkiem moje życie. Przygotowywałam się do niego, trenowałam ciężko codziennie. Wstawałam wraz ze wschodem słońca, a kładłam się dopiero gdy już całkiem straciłam siły. Tak było prawie przez trzy miesiące. Wyobrażacie to sobie? Trzy miesiące wstawania o poranku, o czwartej nad ranem i kładzenia się spać przed pierwszą w nocy. Czasem się zdarzało, że pozwolono mi położyć się o dwudziestej trzeciej, ale to prawie nic nie zmieniało, bo musiałam w takie dni wstawać o trzeciej lub drugiej rano. To był istny koszmar. Zazdroszczono mi wszystkiego, ponieważ nikt nie wiedział jak naprawdę wygląda moje życie. Z chęcią mogłabym (gdybym miała taką możliwość) oddać wszystko co mam za odrobinę miłości i poczucia, że komuś jestem potrzebna. Koleżanki nie zazdrościły mi tylko pozycji w szkole, czy tego ile mam pieniędzy, ale także urody. Nikt nie chciał trzymać się ze mną w paczce, ponieważ nie mógłby znieść tego, że przyjaźni się z osoba, która jest od niego o sto razy ładniejsza i musiałaby pozostawać tylko w jej cieniu, gdy ona odgrywałaby główną rolę. Nie chciałam, żeby moja przyjaciółka (jeślibym ją miała) czuła to samo co ja czuję w towarzystwie rodziców, gdy jesteśmy zaproszeni na jakąś imprezę. Wiem jakie to okropne uczucie, gdy musisz się wciąż uśmiechać, choć we wewnątrz ciebie panuje zupełnie inna atmosfera.

Nadszedł wreszcie oczekiwany od miesięcy dzień. Wiedziałam ,że jeżeli przegram rodzice będą wściekli i mnie znienawidzą na dłuższy czas. Wiedziałam o tym, ponieważ już nie raz zdarzały się takie sytuacje. Kiedy kończyłam piętnaście lat przysięgłam sobie, że gdy osiągnę wiek dorosłości, to na zawsze skończę ze sportem i wyprowadzę się z domu. Odliczałam tylko dni do ukończenia osiemnastu lat. Wielkiego dnia musiałam wstać wcześniej niż zazwyczaj, było jeszcze ciemno. Słońce prawie skończyło przygotowywać się do odegrania swojej dublerskiej roli, a księżyc „recytował” ostatnie wersy swojej roli. Mama przyszła i siłą wyciągnęła mnie z łóżka:

- Wstawaj Aniu! Gdy ja z tatą przygotowywaliśmy się do tak wielkiego wydarzenia, będąc w twoim wieku, to gdy jeszcze słońce nie wstało byliśmy na nogach i robiliśmy dwugodzinną rozgrzewkę!!!

- Ach mamo jest tak wcześnie. Czy naprawdę nie mogę jeszcze troszkę pospać? – spytałam błagalnie.

- Bez dyskusji! Już od godziny powinnaś nie spać! – rozkazała oburzona.

Wiedziałam, że dalsze prowadzenie tej konwersacji byłoby zbyteczne, więc wstałam bez słowa na śniadanie. Po spożytym posiłku od razu musiałam udać się na trening. Nie trwał on zbyt długo, ponieważ niewiele czasu pozostało do rozpoczęcia zawodów, ale zdążyłam porządnie się zmęczyć. Pot spływał po mnie, jakbym dopiero co wyszła z basenu. Pozostały tylko dwie godziny, a ja musiałam się jeszcze odświeżyć i zrelaksować. Oczywiście miałam na wszystko zbyt mało czasu, tylko czterdzieści pięć minut, ponieważ rodzice koniecznie pragnęli zdążyć zająć najlepsze miejsca na widowni.

Tata nie pozwolił prowadzić szoferowi, ponieważ uważał, że prowadzi on auto zbyt wolno i na pewno nie zdążymy na czas. Ja z całego serca wolałabym się spóźnić, niż brać udział w tych zawodach. Wreszcie dotarliśmy na miejsce. Zostało jeszcze dożo czasu do rozpoczęcia. Przez godzinę mogłam robić wszystko co mi się rzewnie podoba byle nie: złamać sobie żadnej kończyny ani jej nie zwichnąć, nie uszkodzić ciała i nie spożyć żadnych  preparatów odurzających, narkotyków, czy alkoholu. Zdawałam sobie sprawę co mogłoby się stać, gdybym złamała choć jeden z zakazów. Tylko ta świadomość pomagała mi odrzucić takie pomysły. Wszyscy zawodnicy zawodów nawiązywali ze sobą kontakty, śmieli się i żartowali. Ja trzymałam się na uboczu. To nie miał być zwykły turniej, ponieważ kobiety i mężczyźni nie rywalizowali ze sobą od dzielnie, jak zazwyczaj, lecz razem. Było to dla mnie nie małe zaskoczenie, ponieważ wiedziałam, że płeć przeciwna jest bardziej wytrzymała i na pewno będzie zajmować pierwsze miejsca.

Ustawiliśmy się na starcie (ach zapomniałam wam powiedzieć w czym będę brała udział, więc teraz wam to zdradzę, będą to biegi). Wszyscy uczestnicy byli bardzo spięci… „Gotowi, do biegu… start” - rozległ się krzyk i sędzia wystrzelił w górę z pistoletu. Biegliśmy (jak to porównałam) jak stado rozwścieczonego bydła. Nie wiem jak to się stało ale wyszłam na spore prowadzenie. Modliłam się tylko, aby utrzymać tę pozycję do końca. Biegłam najszybciej jak tylko potrafiłam. Nagle coś przykuło moją uwagę, choć wciąż biegłam jako pierwsza. Na tablicy ustawionej na środku, pokazano chłopaka przewróconego, zwijającego się z bólu. Przez chwilę sądziłam, że za chwilę ktoś do niego podbiegnie, jednak było to niemożliwe, ponieważ nasza grupa była tak rozciągnięta, że co chwilę ktoś koło niego przebiegał i mógł osobę próbującą mu pomóc potrącić. We wnętrz mnie trwała walka. Czy podbiec do niego i mu pomóc, czy dalej biec? Wiem jakie będą tego konsekwencje, jednak od mojej decyzji zależy teraz jaki będzie stan jego późniejszego zdrowia. W końcu wybrałam, zatrzymałam się i zaczęłam biec w jego stronę. Spojrzałam w stronę widowni i ujrzałam przerażony i bezradny wyraz twarzy moich rodziców. Wiedziałam co będzie, gdy wrócę do domu, ale także wiedziałam, ze postąpiłam słusznie. Podbiegłam do niego i starałam się przypomnieć coś z kursu ratowniczego (kiedyś rodzice mnie na niego zapisali, nim dostali obsesję na punkcie sportu), gdzie raz mieliśmy lekcję jak radzić sobie nie tylko w sytuacjach wypadków poważnych, ale także takich jak ten.  Spojrzałam na tablicę, tylko jeszcze jedno okrążenie pozostało do ukończenia wyścigu. Pocieszyło mnie to , ponieważ wiedziałam, że zaraz ktoś tu przybiegnie i mi pomoże. Tak też było. W późniejszym rozwoju wydarzeń dowiedziałam się, że ktoś podstawił temu biednemu chłopakowi haka i go popchnął. Byłam wściekła na tę osobę, choć nie wiedziałam kto to jest. W domu rodzice urządzili mi niezłe przedstawienie na temat: „czy ty wiesz dziecko ile my trudu włożyliśmy aby cię do tego turnieju przygotować, a ty to zniszczyłaś”. Nie mogłam już tego słuchać:

- A czy wy przynajmniej wzięliście pod uwagę, że może nie chcę tych wszystkich wyścigów, turniejów i tego całego, bezużytecznego sportu? Czy choć raz pomyśleliście o mnie jako o własnym dziecku, które potrzebuje miłości? Czy choć raz mnie przytuliliście? Czy choć przez chwilę traktowaliście mnie jako człowieka, a nie jak coś na czym można zarobić jak na jakiejś hurtowni czy sklepie? Czy choć raz pomyśleliście, że ja chcę żyć normalnie jak każda zwykła dziewczyna w moim wieku? – wykrzyczałam im wszystko ze łzami w oczach i chyba dopiero wtedy cos do nich dotarło, że ja jestem ich dzieckiem, ich córką, a nie zabawką, która jeżeli im się znudzi mogą ją wyrzucić i o niej zapomnieć jakby nigdy nie istniała. Wtedy mamę ruszyło sumienie:

- Przecież wiesz, że my chcieliśmy jak najlepiej, nie wiedzieliśmy, że tego nie chcesz, nigdy o tym nam nie mówiłaś.

- Bo wiedziałam co byście powiedzieli. – odparłam.

- Więc jeżeli nie chcesz już tak żyć, to nie będziesz. Przyznaję, że  mieliśmy chorą obsesję na punkcie sportu i nie zważaliśmy uwagi na uczucia innych. Teraz będzie inaczej, koniec ze sportem. Pora odbudować naszą rodzinę.

Tata z niechęcią zgodził się. Zaczęliśmy nowe życie. Życie pełne miłości. Byłam szczęśliwa. Rodzice przyznali mi racje, że dobrze uczyniłam pomagając wtedy temu chłopakowi. Ja też byłam usatysfakcjowana. Chłopak, któremu pomogłam odwiedził mnie z rodzicami, aby mi podziękować. Nie odwiedził mnie tylko raz, teraz robi to coraz częściej, stał się moim prawdziwym przyjacielem. Sądzę, że pomiędzy nami nie ma samej przyjaźni, ale jest coś więcej. Może uczucie?

Sami widzicie, jak jedno wydarzenie może odmienić resztę naszego życia. Jeżeli ktoś ma takie życie jak ja, niech nie boi się zaryzykować. Nie bójmy się ryzykować, ponieważ nikt nie wie co takie wydarzenie przyniesie. Może korzyści jak w moim przypadku? Zawsze kierujcie się za głosem serca tak jak zrobiłam to ja i nie będę tego nigdy żałować. Zwyciężyłam nad sobą.