Był to wiosenny, upalny dzień. Jan Kochanowski po wyczerpującym dniu pracy usiadł pod swoim ulubionym drzewem- lipą. Rosła ona w Czarnoleskim sadzi tuż obok dworku zamieszkiwanego przez poetę. Miała wielką, wysoko sklepioną koronę, która chroniła przed upałem i roztaczała wokoło cień. Kwiaty wydzielały intensywny, miodowy zapach i odwiedzane były licznie przez pszczoły i inne owady. Panowała tam harmonia, słychać było śpiew ptaków i szum liści poruszanych lekkim wiatrem. Ta cudowna atmosfera wiosennego popołudnia ukołysała Kochanowskiego do snu…

Jak zawsze, gdy na dworze było jeszcze szaro, a słońce dopiero ukazywało się nad horyzontem Jan Kochanowski wybrał się na poranny spacer wokół swojej posiadłości. Na trawie widać było jeszcze krople rosy, a w górze słychać śpiew skowronka. Poeta zatrzymał się przy drzewie bardzo bliskim swemu sercu. Nagle w zaroślach, ujrzał młodą piękną kobietę, która wyciągała do niego rękę i powoli zbliżała się ku niemu. Czuł, iż coś przyciąga go do tej wydawałoby się, nieznajomej osoby. Po chwili uświadomił sobie, że to jego ukochana córka, Urszula. W oczach pojawiły się łzy szczęścia. Szybko podbiegł do niej i mocno ją uściskał. Ojciec i córka zaczęli ze sobą rozmawiać. Najpierw rodzinie, a następnie o nowym poemacie napisanym przez dorosłą już Urszulę. Ojciec napawał się dumą, że jego jedyna córka tak jak on ma talent pisarski. Nagle rozmowę przerwała gromadka nadbiegających dzieci, które z radością obstąpiły Kochanowskiego. Zaraz potem ustawiły się w kolejce, aby każde z nich mogło usiąść na kolanach sławnego i ukochanego przez nich dziadka. Poetą targały mieszane uczucia, od miłości i dumy ze swojej rodziny, do smutku, gdyż był to jedyny dzień wizyty córki z rodziną. Napawał się on szczęściem, że mógł obcować z wnuczętami najchętniej zatrzymałby każdą chwilę spędzoną z nimi. Jednak dziś wyjechać, rozstanie było, więc nieuniknione. Stał w milczeniu, gdy jego bliscy wsiadali do powozu i powoli oddalali się. Machał do nich ręką, a z oczu płynęły łzy. Chciał je otrzeć ręką i… 

Wówczas cudowny sen prysł jak bańka mydlana. Koło ucha poety natomiast natarczywie bzyczała pszczoła, od której próbował się opędzić machając ręką.

Wtedy uświadomił sobie, iż siedzi pod lip, a jego córka zmarła w wieku trzech lat. Żałował, że wszystko to nie działo się naprawdę. Oddałby wszystko, aby ten sen stał się jawą. Czuł w sercu pustkę, której nikt i nic nie było w stanie wypełnić. Sen pod lipą dał Janowi Kochanowskiemu wiele do myślenia i stał się natchnieniem do napisania utworu, w którym wyraził swoje uczucia do zmarłej, ukochanej córki Urszuli. Drzewo to natomiast stało się dla niego jeszcze bardziej cenne, niż wcześniej. Gdy tylko patrzył na nie stawał mu przed oczami obraz utraconego dziecka, a serce jego przepełnił żal i tęsknota.