Stanisław Wyspiański znany jest najbardziej ze swojej działalności pisarskiej. Nie należy jednak zapominać o innych jego zajęciach, a było ich mnóstwo. Zajmował się on malowaniem, rysowaniem, projektowaniem. Spod jego ręki wyszły przepiękne witraże, które można do dziś podziwiać w kościołach krakowskich i nie tylko, a także rozmaite elementy wystroju teatru. Mówi się o nim, że był spadkobiercą wszechstronnie wykształconych twórców renesansowych, tak jak oni imał się wielu zawodów i we wszystkich osiągał sukcesy. Natura obdarzyła Wyspiańskiego wieloma talentami. We wszystkim, co robił, był perfekcyjny, poza tym - co ważne - tworzył własne style, nikogo nie naśladował. Nie ma na świecie drugich takich witraży, jego obrazy posiadają swoisty klimat i głębię, a utwory literackie do dziś wystawiane są na scenach teatrów polskich i nie mają sobie równych.

To właśnie dzięki Stanisławowi Wyspiańskiemu polska scena teatralna przeżyła swoją drugą młodość. Artysta doskonale połączył swoje zdolności literackie i malarskie, tworząc zupełnie nowy wizerunek teatru. Nowatorskie rozwiązania sceniczne wykorzystywane były nie tylko do scenariuszy Wyspiańskiego, ale posłużyły i innym twórcom do unowocześnienia swoich sztuk. Wyspiański chętnie odwoływał się do bogatej tradycji antyku. Chciał, aby współczesna mu scena wywoływała u widzów takie same przeżycia, jakie były domeną starożytnych. Nie naśladował biernie antycznych sztuk, pragnął tylko wprowadzić mistykę do polskich teatrów, chciał, aby publiczność przeżywała katharsis.

Koncepcja Wyspiańskiego nazywana jest "teatrem ogromnym". Określenie to zawiera w sobie podwójne znaczenie. Chodzi oczywiście o rozmiar rzeczywisty, o nawiązanie do antycznych amfiteatrów, które obejmowały ogromne przestrzenie. Ale przede wszystkim "ogrom" użyty jest tutaj w sensie przenośnym i dotyczy treści, tematyki sztuk. Tutaj Wyspiański odchodził od starożytnej zasady trzech jedności, co świadczy o jego elastyczności w nawiązywaniu do tradycji. Artysta chciał zlikwidować wszelkie ograniczenia tematyczne i czasowe, jego marzeniem było stworzenie teatru, który obejmowałby równocześnie kilka przestrzeni, w którym perspektywy mieszałyby się i przenikały nawzajem. Koncepcję tę opisał w utworze Ciągle widzę ich twarze:

"Teatr mój widzę ogromny,

wielkie powietrzne przestrzenie,

ludzie je pełnią i cienie,

ja jestem grze ich przytomny."

Stanisław Wyspiański był gorącym zwolennikiem syntezy sztuk. Nie można się temu dziwić - autor ten czuł się doskonale zarówno na terenie literatury, jak i muzyki czy malarstwa, chciał więc połączyć te swoje zainteresowania i zaprezentować je na scenie. Ważną rolę w kształtowaniu się koncepcji teatru odegrała podróż Wyspiańskiego do Francji. W Paryżu często odwiedzał Wielką Operę i Operę Comique, gdzie wsłuchiwał się w przedstawienia operowe wystawiane na podstawie scenariuszy Mozarta, Wagnera czy Verdiego. Były to barwne spektakle, które doskonale łączyły element muzyczny ze scenografią i tekstem. Właśnie o to chodziło Wyspiańskiemu, właśnie tak chciał zmodyfikować swój teatr. Dlatego też pierwszymi dziełami, jakie wyszły spod jego pióra, były libretta operowe. Później, nawet kiedy zaczął już pisać regularne dramaty, nie porzucił pierwiastka muzycznego, można się go doszukać w całej niemal twórczości artysty.

Warto podkreślić, że nie tylko wielkie paryskie sceny operowe oddziaływały na psychikę i zmysł artystyczny Wyspiańskiego. W liście adresowanym do Lucjana Rydla pisał: "Tylko Paryż może dać takie wrażenie i tylko tam można spotkać Melpomenę w sali Louvre'u". Stwierdzenie to pokazuje kolejną sferę odniesień, z jakiej korzystał Wyspiański. Dramaturg ten, który zawsze interesował się antykiem, odnalazł w Paryżu to, co było mu najbardziej potrzebne - oryginalną rzeźbę starogrecką. Te wspaniałe eksponaty, dzięki którym wczuwał się w klimat antyku, w połączeniu z lekturą dzieł wielkich tragików greckich, dały wspaniałe efekty, m.in. Meleagra, Protesilasa i Laodamię czy Noc listopadową.

Noc listopadowa jest doskonałym przykładem, jak można połączyć tradycje antyczne z współczesną rzeczywistości Polski pod zaborami. Odwołania do greckiej mitologii nie służą tylko prostej ornamentacji, nie są jedynie elementami uświetniającymi estetyczne doznania odbiorcy. Antyk w dramacie Wyspiańskiego odgrywa pierwszorzędną rolę. Jako przykład wystarczy rozważyć motyw palingenezy, który został wykorzystany przez artystę w Nocy listopadowej. Palingeneza nazywana jest inaczej reinkarnacją, a w odniesieniu do procesu historycznego, oznacza ponowne odradzanie się niematerialnych wartości w kolejnych etapach rozwoju państwa i jego społeczności. Mitologia grecka odniosła ten motyw do odradzania się przyrody na wiosnę, kiedy to Kora wracała ze świata podziemnego do swojej matki, Demeter. Staniwsław Wyspiański tak przedstawił ten motyw:

"Umierać musi, co ma żyć[...]

gdy wszystko żywe musi lec

pod ręką, która znaczy kres,

śmierć tych użyźnia nowe pędy

i życie nowe sieje wszędy."

Ową wiosną dla narodu polskiego miało być wyzwolenie spod jarzma okupanta i zaborcy. Kolejny zryw narodowowyzwoleńczy niestety nie przyniósł upragnionej wolności, ale wiosna przychodzi przecież co roku, Polska nie powinna więc tracić nadziei. Przedstawienie losów nieistniejącego na mapach świata państwa w perspektywie mitologicznej miało swój wyraźny cel - podnosiło rangę wydarzenia, powstanie listopadowe przestało być już tylko prywatną sprawą Polaków, osiągnęło wymiar ogólnoludzki, uniwersalny.

Motyw powstania listopadowego wykorzystywany był przez Wyspiańskiego bardzo często. Dramaty takie jak Intruz, Ślepcy czy Warszawianka poruszały właśnie ten wątek. Wszystkie były krótkimi, jednoaktowymi sztukami, które stosowały się ściśle do antycznej zasady trzech jedności. Aby w tak skondensowanej formie, zawrzeć odpowiednio duży ładunek emocji i treści, nie można było poprzestać tylko na słowie. Dlatego też Wyspiański wplatał w swoje dramaty elementy muzyczne, które są szczególnie widoczne w Warszawiance, gdzie doskonale współgrają z fragmentami literackimi i potęgują nastrój całego dramatu. Dzięki zróżnicowanym zabiegom muzycznym, Wyspiańskiemu udało się w krótkim czasie przedstawić wydarzenia historyczne i dodatkowo - ustosunkować się do nich. Muzyka towarzysząca słowom: "kto przeżyje wolnym będzie, kto umiera wolnym już", pozwala zmienić znaczenie słów. Wydawać by się mogło, że są one odzwierciedleniem myśli autora, ale w rzeczywistości Wyspiański krytykuje takie nastawienie do świata. W Polsce pod zaborami nie ma miejsca na pasywizm i rezygnację, jeśli Polacy sami nie wezmą sprawy w swoje ręce, nikt za nich tego nie zrobi. Nastrój tworzony jest nie tylko przez muzykę abstrakcyjną. Wiadomość o upadku powstania robi dużo większe wrażenie, jeśli stary Wiarus wchodzi na scenę z raportem o poległych i sam nie mówi ani słowa, ale w tle słychać śpiew: "Hej, kto Polak - na bagnety."

Warto zatrzymać się też dłużej przy kolejnym elemencie, dzięki któremu dramaty Wyspiańskiego nabierają wyrazistości, a mianowicie przy scenografii, w szczególności zaś przy kolorze. I tutaj znów za przykład niech posłuży wspaniała Warszawianka. W tym utworze nie ma przypadkowości. Nie tylko każdy gest, słowo i dźwięk są doskonale przemyślane, ale również stroje aktorów i dekoracja. Nie ma nadmiernego nagromadzenia rekwizytów, każdy element jest ważny i przekazuje pewną informację. Kolorystycznie całość utrzymana jest w tonacji biało-czarnej, nie biało-czerwonej, a właśnie biało-czarnej. Pozwala to wysnuć jednoznaczny wniosek - sytuacja Polski jest tragiczna, naród pogrążył się w żałobie po kolejnej umarłej akcji wyzwoleńczej. Dodatkowo, widać tutaj właśnie "teatr ogromny" Wyspiańskiego. Scena nie jest już ograniczona trzema ścianami. Okna wprowadzone do dekoracji pozwalają rozszerzyć pole widzenia - za nimi rozgrywają się krwawe wypadki listopadowej nocy, tam gromadzą się walczący. Minimalną ilością środków Wyspiański przekazał maksymalnie dużo informacji i uczuć.

Najsłynniejszym dramatem Stanisława Wyspiańskiego do dzisiejszego dnia pozostaje jednak Wesele. Jest to rzeczywiście mistrzowska kreacja wielkiego artysty. Elementy muzyczne, świetlne, kolorystyczne i dekoracyjne ściśle współgrają ze słowem wypowiadanym przez aktorów, tworząc w ten sposób integralną całość. Nie sposób wyobrazić sobie Wesela bez choćby jednej sceny, jednego gestu czy jednego elementu dekoracji. Całość jest doskonale przemyślana, jak przystało na dzieło najwybitniejszego dramaturga ostatnich czasów.

Na weselu w bronowickiej chacie spotkali się przedstawiciele inteligencji i chłopstwa. Każdy taniec, w którym łącza się ze sobą pary, to przede wszystkim obraz symbolizujący zachowanie pewnych pozorów. Bo przecież w rzeczywistości nie istnieje jeszcze między nimi żadna autentyczna więź społeczna, nie rozumieją się. Panowie z miasta nie chcą równać się z chłopami, a wesele przyjaciela traktują jak modną rozrywkę. To jedynie przejaw ich ludomanii. Wkrótce na scenę wkroczą i inne postacie - Stańczyk, Rycerz, Wernyhora, Jakub Szela i Widmo, które wprowadzą element metafizyczny, a zarazem wydobędą na światło dzienne prawdziwe sądy bohaterów rzeczywistych. Zmuszając uczestników wesela do rozmowy, postacie te wprowadzą do ich serc popłoch i wątpliwości.

Najważniejszą, niemalże demaskatorską rolę odgrywa jednak tzw. chocholi taniec, kończący cały utwór. Stanowi on swoiste podsumowanie całego dramatu. Społeczeństwo polskie jest jeszcze uśpione, nieprzygotowane do walki, niezdolne do czynu. Wszyscy tańczą bezwolnie do muzyki grającego na skrzypcach Chochoła. Są jakby zamknięci w zaklętym, a może nawet przeklętym, kręgu, drepczą w miejscu. Chocholi taniec jest symbolem marazmu społeczeństwa polskiego, jakby pogrążonego we śnie - jest oceną jego stanu świadomości. Naród, zaklęty w kręgu własnej bierności i niemocy, skłócony, nie wywalczy sobie wolności. Zwyciężyły marazm, apatia i zniechęcenie.

Do stworzenia takiej wizji tańca chocholego zainspirował Wyspiańskiego wykonywany na krakowskich weselach taniec o nazwie tramla. Jest on połączeniem rytmu i melancholii. Tancerka kładzie tancerzowi ręce na ramionach, on ją ujmuje w pasie i drobno przytupując nogami, pcha ją lekko przed siebie. Nie ma w tym tańcu nic radosnego i żywiołowego, przeciwnie, jakiś smutek i jakaś niemrawość przejawia się z każdego taktu. Być może, że patrzącemu przez kilkanaście godzin na ten niekończący się korowód tramli Wyspiańskiemu, wydało się w końcu, że ma przed sobą sznur par, zaklętych w sen, nieżywych czy uśpionych. Stąd maratyczna wizja chocholego tańca kończąca dramat.

Wesele Stanisława Wyspiańskiego doczekało się adaptacji filmowej. Podjął się tego wybitny polski reżyser Andrzej Wajda. W swoim filmie nadał on tańcu równie ważną rolę. Przedstawił go jednak wykorzystując w tym celu powtarzający się przez cały czas trwania filmu zabieg artystyczny. Usytuował akcję w przestrzeni cylindrycznej. Wszystkie tańce w sali weselnej odbywają się po okręgu, weselnicy najczęściej tańczą wokół lampy. Przypomina to lot ćmy, która krąży wkoło nie zdając sobie sprawy z tego, że może stracić życie, gdy zbliży się za bardzo. Podobnie postępują Polacy, którzy zdają się nie zdawać sobie sprawy z grożącego im ze strony zaborców niebezpieczeństwa, nie chcą, nie potrafią zdobyć się na powstanie zbrojne.

W ostatnim ujęciu filmu kamera - dokonując pełnego obrotu - ogarnia bezkresne i puste pola wokół chaty w Bronowicach. Wajda próbuje nam uświadomić, że zaklęcie Chochoła nie dotyczy tylko tego jednego miejsca, cały kraj jest ogarnięty apatią i zniechęceniem.

Na koniec warto wspomnieć, że Stanisław Wyspiański, tworząc taką, a nie inną wizję swojego teatru, czerpał z doświadczenia i wpływu Ryszarda Wagnera. To właśnie dzięki niemu doskonale połączył ze sobą elementy różnych sztuk, tworząc w swoich dziełach mozaikę słowa, muzyki, światła, dekoracji i kolorów. Jak ważną rolę odgrywały one w twórczości Wyspiańskiego przekonaliśmy się na przykładach Warszawianki czy, przede wszystkim, Wesela. Wyspiański, niczym renesansowy twórca, sam projektował i tworzył dekoracje i stroje do swoich przedstawień, unikając w ten sposób nieporozumień i oddając w pełni klimat widowiska. Mimo że Wyspiański czerpał z wielu tradycji i wzorców, nigdy nie pozostał przy prostym naśladownictwie. Swój pierwotny zamysł tylko uzupełniał elementami zaczerpniętymi z innych twórców, ale zawsze zmieniał je według swego uznania, dostosowując do swojej koncepcji teatru i sceny. Syntezę sztuk przejął co prawda od Wagnera, ale wymyślenie, jak zastosować ją w praktyce należało już tylko i wyłącznie do samego Wyspiańskiego. Wystarczy podać znów przykład Warszawianki i wspaniałej sceny, kiedy to Wiarus wychodzi na deski teatru z listem o klęsce powstania. Gdyby drzwi, przez które wchodził, stały w innym miejscu, całość nie miałaby już tej dramaturgii. A tymczasem Ludwik Solski, grający tę postać, musiał przebyć niemal całą scenę - od drzwi, które znajdowały się w głębi, do samego przodu - i tym samym dramat pokonanych wzmógł się nie do opisania. Dodatkowego smaku nadaje fakt, że całość odbywa się w zupełnym milczeniu, jedynie przy cichych dźwiękach piosenki żołnierskiej.

"Teatr mój widzę ogromny

Wielkie, powietrzne przestrzenie..." - pisał Wyspiański. I udała mu się ta sztuka. Do dziś jego dramaty inspirują wielkich twórców, są źródłem nowych pomysłów i niezapomnianych ekranizacji. Stanisław Wyspiański stworzył "teatr ogromny", teatr, który nigdy nie odejdzie w zapomnienie.