(…) Dzisiejszego dnia przyszłam ze szkoły nieco później, niż zazwyczaj. Na lekcji matematyki, znów zajmowałam się gazetką. Zajmowałam się wszystkim byleby tylko wyrwać się z tych nudnych zajęć. Praca zajęła mi więcej czasu niż planowałam i dlatego nie byłam w stanie zdążyć na autobus. Udałam się więc do domu na piechotę.

Mama nie była zainteresowana moimi opowieściami na temat dzisiejszego dnia w szkole. Chyba nigdy nie interesowała się moimi sprawami. Podświadomie zdaję sobie sprawę z tego, że nie jest zachwycona tym, czym się zajmuję. Staram się o tym nie myśleć. Kładę się spać dość wcześnie.

Siedzę na fotelu w pokoju należącym do Dudka. Jezu, jak dawno mnie tutaj nie było! Wspominam sobie "przygody", jakie mnie tu spotkały. Rozmyślam o tej historii z granatem, znajdującym się pod łóżkiem Dudka. Wówczas nie miałam pojęcia co to takiego, no ale teraz liczę już przecież całe dwanaście lat.

Wtem, w pokoju zjawia się Dudek. Mam zamiar rzucić się w jego ramiona, lecz hamuje mnie jego dziwna mina. Jest niby normalny, lecz jakby rozzłoszczony. Podejrzanie na mnie patrzy.

- Twoja matka wszystko mi powiedziała - powiedział do mnie.

Chyba nie wiem o czym on mówi. W tym momencie Dudek schyla się, po czym wyjmuje spod swojego łóżka niewielką, kulistą, połyskującą rzecz. Podaje mi ją i wtedy uświadamiam sobie co to takiego…

Granat.

Wówczas Dudek odchodzi kilka kroków ode mnie, zaś do pokoju wchodzi mama, Marynia oraz Kierników. Są trupiobladzi i wbijają we mnie swój wzrok. Zaś ja stoję w samym środku pokoju z granatem w dłoni. Nie wiem, jak się zachować. Wszystko jest przerażające!

Już mam zamiar stamtąd wybiec, kiedy dostrzegam, iż z granatu coś wycieka. Upada na ziemię z dziwnym odgłosem, który przypomina dźwięk bębenka. Ma czerwoną barwę i ścieka mi po ręce.

Krew.

Jednak nie jest to zwyczajna krew. Na ziemi zaczyna się z nią dziać coś bardzo dziwnego. Kumuluje się w jednym punkcie i zaczyna się kształtować. Podobnie, jak woda cieknąca w umywalce. Tyle, że woda raczej nigdy nie "zachowuje się", jakby żyła.

Ta przerażająca krew przybiera coraz to bardziej niesamowite kształty. Dokoła mnie wszystko zamiera. Wszystko przestaje się ruszać. Nawet ja sama. Nie słychać żadnych innych odgłosów. Nie dobiega mnie nawet oddech znajdujących się w pokoju ludzi. Ludzi, którzy przeszywają mnie swym wzrokiem… I nagle udaje mi się rozpoznać kształt na podłodze. Jest mi doskonale znany. Ten obraz został wyryty w moim umyśle nie tak dawno. To obraz dziewczynki. Dziewczynki trzymającej bębenek. To ja!

Wokół zapada głucha cisza. Nagle granat eksploduje.

Odczuwam jedynie delikatny powiew powietrza. Jakby w tym momencie otworzyło się okno. A potem nic. Tylko pustka. Czyżby właśnie tak mała wyglądać śmierć? Nie mogę uwierzyć. Rozglądam się dookoła. Wszyscy z wyjątkiem mnie samej, leżą na ziemi w pokoju. Przy każdej osobie dostrzegam plamy szkarłatnej krwi. Leżą w bezruchu. To oni są martwi - nie ja. Dlaczego w takim razie nie czuję żadnej ulgi?! Dalej, w kącie pokoju wyłania się jakiś kształt. Ignoruję go. Podchodzę do mamy, zaczynam ją gładzić po policzku. Ona spogląda na mnie. Odnoszę wrażenie, że chce coś do mnie powiedzieć. Nie mogę jej jednak zrozumieć. Nie potrafię zrozumieć umarłych. Mam poczucie winy. Zaczynam płakać. Jednak wcale to nie pomaga. Przy drzwiach stoi Irena. Nie widać, by płakała. Uśmiecha się tylko.

Budzę się. Doskonale znam znaczenie tego snu, lecz nie chcę się nad tym zastanawiać. Z kuchni dobiegają mnie głosy mamy krzyczącej na Marynię. Czuję się spokojniejsza.

Usiłuję znowu zasnąć.

Powtarzam sobie - Nic się przecież nie wydarzyło. Wszystko jest na swoim miejscu. Wszystko jest już w porządku. Jak zwykle… jednak wiem, iż to nieprawda.

Nigdy nic nie było w porządku.