Nauka latania

Po tym, jak tata wyszedł do pracy, mama wskoczyła na wyższe obroty. Zaczęła mnie poganiać, w rezultacie czego dojadałem bułkę w jednym bucie, ciągle poszturchiwany przy akompaniamencie pokrzykiwań mamy. Dzisiaj miała bardzo ważne spotkanie, na które nie zdążyła się przygotować. Papiery zbierała dzisiaj rano, kłócąc się z tatą, że pomieszał wszystkie dokumenty.

– Sławek, no rusz się wreszcie – krzyczała co chwilę mama. Nie przejmowałem się tym i w swoim tempie zbierałem rzeczy do szkoły. Oczywiście nasłuchałem się, dlaczego jestem taki nieporządny, że jestem taki, jak mój tata. Że wszystko robię za wolno, że chyba chcę, żeby mamie dzisiaj nie poszło. Wyszliśmy wreszcie przed dom i teraz trzeba było przejść przez podwórko…

Była już godzina dziesiąta. Szedłem z mamą, więc nic mi się nie mogło stać. Nasze podwórko przedstawiało ponury widok. Niemal idealnie kwadratowe, z każdej strony otoczone przez kamienice. Kamienice były odrapane, brudne, na ścianach jakieś graffiti, a raczej wulgarne napisy bandy Rudego. Na środku i przed każdą klatką było trochę trawy, ale gdy tylko odrasta choć na kilka centymetrów od ziemi – jest dewastowana albo przez Rudego, albo jego psa. Jego pies to wielki rottweiler, wabi się Groza. I jej imię bardzo do niej pasuje, naprawdę sieje grozę. Boję się tego psa, nigdy nie ma kagańca i często chodzi luzem. Słucha się Rudego, jak tylko ją zawoła, od razu podchodzi, ale czasem Rudy jej nie woła specjalnie. Stoi i się głupio uśmiecha. Widziałem raz, jak rozrywała na strzępy jakąś lalkę. Dopiero po czasie okazało się, że to była lalka małej Zuzki spod czwórki. Brat Zuzki kiedyś opluł Grozę i Rudy zabrał Zuzce lalkę i rzucił psu do zabawy. Małej przez dwa tygodnie nie widziałem na podwórku. Grzesiek, jej brat, mówił, że chyba się wyprowadzą, bo Zuzka tak się boi, że się zaczęła moczyć.

Szedłem więc za mamą, gdy nagle zobaczyłem, że drzwi klatki się otwierają i wychodzi z nich Groza. Za nią zgarbiony Rudy, w kapturze, jak zwykle. Podniósł głowę, uśmiechnął się głupio i zawołał do psa:

– Groza, a kto tam jest? Groza, chodź, chodź! Przywitaj się ze Sławcią! – Rudy nazywał mnie Sławcią, mówił, że płaczę jak dziewczyna i ogólnie żaden ze mnie facet, tylko ciapa, co się za spódniczką mamy chowa. Mało nie umarłem ze strachu, gdy ten wielki pies podszedł do mnie i trącił mnie nosem. Szybko pobiegłem za mamą, która już otwierała samochód.

– Bardzo miły ten Rudy… jak on miał na imię…? Sławek? – Zagadywała w drodze mama. – Jak ma na imię ten twój kolega z kamienicy, Rudy?

– Nie wiem, w ogóle mnie to nie interesuje – odparłem obrażony. – Miły! O Rudym można powiedzieć wszystko, ale z pewnością nie to, że jest miły! Jest zaprzeczeniem tego, co może być miłe!

– Sławek, ja się nie dziwię, że ty nie masz kolegów. Jak możesz tak mówić? Nie widziałeś, że on chce się zaprzyjaźnić? Nawet nazwał cię Sławciem, sama słyszałam. Ten pies… trochę duży, ale krzywdy przecież nie zrobi. A jaki posłuszny! – Tak perorowała mama już całą drogę. Oczywiście, jak zwykle mogę liczyć na jej pomoc i zrozumienie.

  W szkole nudno, jak zawsze. Dzisiaj ktoś napisał mi na ławce brzydkie słowo markerem, którego nijak nie mogłem zetrzeć. Gdy tylko Antonowa weszła do klasy, od razu posłała mnie do dyrektora za niszczenie szkolnego wspólnego dobra. Świetnie – pomyślałem – jeszcze się nie zaczął październik, a ja już trzeci raz idę do dyrektora. Antonowa to nasza nauczycielka polskiego, stara panna, kociara, do tego nie lubi żadnych chłopców. A mnie to szczególnie. Wszystko zaczęło się od tego, że Maciek powiedział za jej plecami, że jest gruba jak beka. Maciek siedzi za mną, zatem jej wzrok po odwróceniu spadł prosto na mnie. Nie kontroluję tego, że się czerwienię… więc spiekłem klasycznego raka. Dyrektor, rodzice, szlaban – standard. Nawet lubię dostawać szlaban, tata nie wygania mnie z piłką na podwórko. Nawet nie wiem, co miałbym z tą piłką robić. Zresztą, piłkę i tak przegryzła Groza. Po problemie. Dyrektor tym razem nie miał czasu mnie przyjąć, miał jakieś ważne spotkanie. Więc poszedłem do psychologa, gdzie przesiedziałem godzinę. Pan Arturek, psycholog, jest całkiem w porządku, ale chyba bardzo nie lubi swojej pracy. Godzinami przegląda gazety sportowe. Dostałem do przeglądania album o Ronaldo i miałem siedzieć cicho do dzwonka.

  Po szkole musiałem wrócić do domu sam. Była piętnasta, za pół godziny Rudy znów wyprowadzi psa. Musiałem się spieszyć. Szedłem więc najszybciej jak się dało. Gdy podkradałem się przez bramę i zobaczyłem, że nikogo nie ma – odetchnąłem z ulgą. Spociłem się wcześniej jak mysz i wreszcie mogłem spokojnie pójść do domu. Wtem, ktoś znienacka złapał mnie za kaptur.

– Gdzie się tak śpieszysz, Sławcia? Do mamusi pod spódnicę? – Roześmiał się głupio. Stałem jak słup soli i pomyślałem, że chciałbym być ptakiem. Wzbić się wysoko w górę i być wolnym. Niestety stałem w ciemnej bramie z Rudym i jego strasznym psem. Autentycznie bałem się, że coś mi zrobi. Nagle poczułem powiew wiatru. W bluzie wyczułem dość duży długopis. Podniosłem do góry i zawołałem:

– Groza, masz! Groza, aport! – pies błyskawicznie zareagował na komendę. Wyrzuciłem długopis za bramę. Rudy się wściekł.

– Groza, ty kundlu, kogo się słuchasz!? Groza!  – Ta po chwili wpadła do bramy z długopisem w pysku, bardzo z siebie zadowolona. Korzystając z sytuacji, obróciłem się na pięcie i pobiegłem do klatki. Biegłem tak szybko, jakbym latał. Naprawdę leciałem i śmiałem się przy tym jak głupi do sera!