Był chłodny wieczór, choć to jeszcze nawet nie połowa sierpnia. Usiadłem wygodnie w ulubionym fotelu i zanurzyłem się w myślach i planach. Przyszło mi do głowy, że skoro udało mi się odłożyć trochę pieniędzy, mógłbym je jakoś zainwestować. Może w aptekę? Ale najpierw, kombinowałem dalej, musiałbym się czegoś konkretnego dowiedzieć, apteka to przecież nie byle co. Zadzwoniłem więc do ojca i umówiliśmy się na kolację w pobliskim pubie o nazwie "Rumsztyk i Rumcajs". W końcu ojciec miał kiedyś aptekę, to powinny mu zostać jakieś rady czy doświadczenia. Wyjechałem natychmiast z domu, ale akurat trafiłem na małą kraksę, i spóźniłem się przez to dobry kwadrans. Po drodze uświadomiłem sobie, że jadąc samochodem nie napiję się smacznego, lokalnego piwka, ale przynajmniej zjem tamtejszy specjał - to jakoś mnie ucieszyło.

Ojciec już na mnie czekał na miejscu. Wszędzie pachniało pieczystym i piwem. Było bardzo miło i tak usypiająco. Uściskaliśmy się z ojcem, po czym natychmiast podszedł do nas kelner. Zamówiłem rybę po grecku i lampkę wina, pomyślałem, że jedna mi nie zaszkodzi, zresztą będę suto przegryzał. Zaraz potem zaczęliśmy rozmowę o tej mojej planowanej inwestycji. Trochę mnie ojciec zmartwił, bo okazało się, że mam zaledwie połowę sumy potrzebnej na otwarcie apteki. Zaczął tłumaczyć mi wszystkie detale, ciekawostki i niebezpieczeństwa tego przedsięwzięcia, toteż po godzince rozmowy miałem już całkiem solidną orientację. I tak miło zszedł nam wieczór, rozstaliśmy się gdzieś dobrze po dziesiątej.

Następnego dnia miałem umówione (przez ojca) spotkanie z panem Pacułą, który miał mi więcej doradzić, gdybym nadal planował brnąć w ten pomysł. Tym razem zjawiłem się punktualnie - wybrałem bowiem tramwaj. Pan Pacuła okazał się być znajomym ojca jeszcze z branży, i roztoczył mi wszelkie wiadomości w sprawie ewentualnych kredytów, gdzie szukać odpowiedniego lokum i takie tam. Kilka dni potem machina ruszyła w ruch - pojechaliśmy razem obejrzeć tani lokal w kamienicy, także tamtejszą okolicę. Dwa dni potem przyjechał obejrzeć ja także ojciec - jak się okazało z niespodzianką, bo zaproponowali mi z Pacułą spółkę, oczywiście na jak najkorzystniejszych zasadach dla mnie.

Nazajutrz spotkaliśmy się już bardziej oficjalnie. Przygotowywaliśmy plany, kosztorysy i inne najważniejsze ustalenia. Dzień później poszliśmy do notariusza. Denerwowałem się czemuś tego dnia bardziej niż zwykle, w końcu to był ostatni krok do - rozpoczęcia własnej działalności. Ojciec jakby odgadł moje wahania, bo powiedział tylko, żebym się nie martwił na zapas, i że wszystko się ułoży. Poczułem momentalną ulgę i byłem wdzięczny, że mam go przy sobie.

Poszło jak z płatka. W ciągu następnych dni mieliśmy pełne ręce roboty z transportem pierwszych medykamentów, podpisywaniem umów z dostawcami, słowem zwyczajną, biurokratyczną robotą. Jakoś tak w tym biznesowym harmidrze znikła gdzieś cała niepewność i poczułem się bardzo podbudowany. Jak mówił w końcu ojciec nie ma : się co martwić na zapas, tylko brać się do roboty i być zawsze dobrej myśli!