01.05. 1957 r. - Nowy York

Żeglując okrętem w kierunku Nowego Yorku, zastanawiam się nad własnym dalszym życiem. Ogromnie pragnę powrócić do swego kraju ojczystego, lecz zaciekawiła mnie praca w charakterze latarnika, ten kojący spokój, niezmącona niczym cisza. Ale co ja mogę uczynić, przecież straciłem pracę w latarni. Powrót do ojczyzny również nie wydaje się właściwym wyjściem, gdyż jest ona położona w bardzo dalekiej odległości od miejsca, w którym obecnie się znajduję, a i z funduszami u mnie nie wesoło. Rozmyślam nad tym, jak mam postąpić. Czy zdecydować się na powrót do mojego kraju, jakże upragnionego oraz utęsknionego, którego nie miałem możliwości odwiedzić przez szereg długich lat, czy też poszukać innej spokojnej przystani, na podobieństwo tej, którą była moja latarnia. Kiedyś przecież będę się musiał zdecydować na jakiś krok.

02. 05 1957 r. - Nowy York

Wstąpiłem dziś do karczmy. Gdy tak siedziałem sobie w kącie przy szklanicy chłodnego piwa, zbliżył się do mnie jakiś nieznany mi człowiek. Uprzejmie się przedstawił, po czym zapytał czy nie będę miał nic przeciwko temu, aby się przysiadł. Wyraziłem na to zgodę. Nieznajomy poprosił dla siebie o rum i za moment zaczęliśmy gawędzić. Dowiedziałem się od niego wielu interesujących rzeczy. Moim współtowarzyszem, okazał się Jerzy Karpiński i tak, jak i ja jest Polakiem, zaś Stanów Zjednoczonych wyemigrował podobnie jak i ja na skutek wojny. Opowiedziałem mojemu nowemu znajomemu dzieje mego życia. Bardzo go to zaciekawiło. Przegadaliśmy tak cały wieczór i rozstaliśmy się dopiero późną nocą.

03. 05. 1957 r. - Nowy York

Jestem bardzo uradowany z poznania Jerzego. Dzięki niemu, na nowo zrodziła się w mym sercu nadzieja na powrót do kraju ojczystego. Okazało się, iż Jerzy to niezwykle poważany w Ameryce człowiek, posiada przyjaciół w wielu różnych krajach świata. Oznajmił mi, iż porozmawia z owymi przyjaciółmi, którzy mogliby jakoś mi umożliwić powrót do ojczyzny. Z ogromną radością i zadowoleniem przyjąłem tę wiadomość. Ogarnęło mnie wielkie szczęście na myśl o zobaczeniu Polski i z tego wszystkiego nawet nie podziękowałem mojemu dobroczyńcy…

04. 05. 1957 r. - Nowy York

Dzisiejszego dnia, znowu widziałem Jerzego. Przeanalizowaliśmy ze szczegółami plan mej podróży do kraju. Przedstawia się on następująco: najpierw mamy dopłynąć do portu w Afryce, stamtąd mamy odebrać jakiś ładunek, potem będziemy musieli dopłynąć do brzegów Anglii i w końcu pożeglujemy do mojej ukochanej Polski. W tą podróż mam wyruszyć z początkiem czerwca. Zostało mi do tej chwili niezbyt wiele czasu. Już się niecierpliwię, chciałbym jak najszybciej znaleźć się na ojczystej ziemi.

01. 06. 1957 r. - Nowy Jork

Wreszcie nastał wyczekiwany dzień mojej podróży. Już wczesnym rankiem zjawiłem się we wcześniej ustalonym miejscu. W porcie był już przycumowany okręt, noszący nazwę "Quinn Mary". Był to masywnie skonstruowany trójmasztowiec. Gdy znalazłem się na jego pokładzie, kapitan wydał komendę i okręt zaczął odbijać od portu. Myślałem że śnię, nie byłem w stanie uwierzyć, iż właśnie rozpoczyna się moja droga do ukochanej ojczyzny i niedługo ponownie ją ujrzę.

09. 07. 1957 r.

Czas na okręcie upływa bardzo wolno, lecz już jedynie dwa dni muszą minąć i stanę po tylu latach na ziemi polskiej. Morze jest dzisiaj niespokojne, nadciąga burza, już zaczyna niebezpiecznie kołysać okrętem. Przed momentem, silny wicher zniszczył jeden z masztów. Obawiam się, iż nasz okręt może ulec zniszczeniu.…

Godz. 18: 07…

Nasz okręt zaczyna tonąć… Olbrzymie fale zrobiły sporą dziurę w burcie… nie mam pojęcia jak to się wszystko zakończy… Chyba przyjdzie mi pożegnać się z życiem. Nigdy już nie ujrzę mojej Polski…

11. 07. 1957 r.

Chwilę temu ocknąłem się wystraszony i zorientowałem się, że znajduję się w szalupie ratunkowej. Dookoła nikogo nie widać. Cieszę się, że szczęśliwie przeżyłem. Jestem bardzo głodny, już długo nie miałem nic w ustach. Czuje też olbrzymie zmęczenie. Najprawdopodobniej jest to już mój koniec. Przeczuwam to. Siedzę sam w łodzi i zastanawiam się co ze mną teraz będzie, analizuję swoje życie… Wspominam też Polskę, której już pewnie nie ujrzę, najbliższych, których już ledwo pamiętam. Myślę o tym co spotkało mnie w życiu, o nieszczęściach, klęskach… Żałuję jedynie, iż nie dostałem od losu możliwości ujrzenia ojczyzny…