11 sierpnia 738r.

Po dwóch dniach ciągłego płynięcia wpław, powoli traciłem nadzieję. Miałem wrażenie, że już nigdy nie wrócę do domu. Bogini Ino podniosła mnie trochę na duchu, dlatego miałem siły, by dopłynąć tak daleko. Jednak po tak długim czasie tułaczki i przeprawy przez fale, marzyłem tylko o tym, aby odpocząć. Po głowie chodziły mi różne myśli. Martwiłem się o moją żonę-Penelopę. Chciałem wiedzieć, czy jeszcze mnie pamięta i czy czeka na mnie. W tych trudnych chwilach bardzo mi jej brakowało. Myślami „goniłem” też za moim synem, który został z matką. Gdy wspominałem o mojej rodzinie, zza fali ujrzałem znajomą mi wyspę. Pomyślałem wtedy: „Nareszcie koniec”. Twarz  miałem rozpromieniona i cały aż tryskałem energią. Nagle zdałem sobie sprawę, że woda była tam spokojna, a nad lądem świeciło słońce. Wyglądało to tak to tak, jakby bogowie chcieli sprawdzić moją wytrzymałość, a gdy zobaczyli, że dotarłem tak daleko, postanowili dać mi spokój, bym mógł już bezpiecznie wrócić do domu. Chociaż nie była to jeszcze Italia, ucieszyłem się jak dziecko i co sił popłynąłem do brzegu. To były chyba najpiękniejsze chwile w moim życiu.