Odpowiedź na to pytanie jest niebywale trudna z przynajmniej dwóch przyczyn. Po pierwsze należy pamiętać o tym, że samo pojęcie granicy moralnej, bo o taka tu chodzi, jest pojęciem ściśle związanym z określonym systemem wartości wyznawanym w danej grupie społecznej, danej kulturze i danym momencie historycznym. Mamy wiec do czynienia zawsze nie z jednym niezaprzeczalnym i niezmiennym systemem wartości, a wieloma jego odmianami. Co więcej istnieje rozdźwięk między tymi konstrukcjami jako pewnymi ideami społecznymi a ich rzeczywista realizacją przez konkretnych ludzi, często bowiem okazuje się, ze społeczeństwo jest dla pewnych poczynań bardziej pobłażliwe niż można by to wnioskować z wyznawanego z jego obrębie zbioru zasad etycznych. Drugim z kolei dylematem pojawiającym się w kontekście ustalenia granicy zachowania ludzkiego, jest problem pozycji jednostki wobec narzuconego jej systemu, który może ona przyjąć lub nie. W jakim sensie granice są nienaruszalne, w jakim zaś względne i ruchome? Czy rzeczywiście jednostka ma prawo i możliwość zdystansowania się od systemu wartości, który uzna za niesprawiedliwy? I czy zawsze norma dyktowana głosem ogółu jest lepsza, bardziej moralna niż ta, którą wyznacza sobie indywiduum?

Te właśnie dylematy pojawiają się w kontekście "Granicy" Nałkowskiej i autorka słusznie unika jednoznacznej odpowiedzi na nie, angażując przede wszystkim czytelnika do aktywnej reakcji na postawione w utworze pytania. Pisarka robi to prezentując nam losy kontrowersyjnego bohatera Zenona Ziembiewicza.

Już w młodości, kiedy był on faktycznym rzecznikiem uczciwości, gardził amoralnymi postępkami ojca-erotomana i konserwatysty, los postawił go przed sytuacją dwuznaczną. Nie pozostał on bowiem do końca przy łożu konającej koleżanki ze studiów Adeli, zakochanej w nim bez wzajemności, choć i tak, jak twierdzi: "Odwlekał swój wyjazd, póki to było możliwe, nawet ponad możliwość". Czy uciekł on swoim wyjazdem w krytycznym momencie przed moralnym obowiązkiem bezinteresownego wsparcia bliźniego w cierpieniu czy po prostu faktycznie pozostał tak długo jak tylko było to w tej sytuacji możliwe?

Następnie dowiadujemy się o zdradzie, jakiej dopuścił się on z Justyną wobec najpierw swojej narzeczonej, potem żony Elżbiety. Nie tylko złamał on święte słowa przysięgi małżeńskiej, ale również sprzeniewierzył się zasadom, w imię których krytykował niegdyś postępki swego ojca. w dodatku oczekiwał on od obu kobiet- kochanki a zwłaszcza żony- wybaczenia, co więcej akceptacji dla tej zdrady, która nie była przecież jednorazową. Czy w tym przypadku przekroczył on granicę moralności, jeśli przyjąć, iż w społeczeństwie, żyjącym w hipokryzji, mimo świadomości "grzechu", zdrada była czymś powszechnym, niemal normalnym? Czy jednak błędy większości rozgrzeszają Zenona z jego niemoralności?

W efekcie romans Zenona z Justyna doprowadził do ciąży, wobec której mężczyzna zachował się również w typowy dla swego czasu (i nie tylko sposób)- pozostawiając ubogą dziewczynę z decyzją czy usunąć ciążę czy też nie w samotności i z kopertą pieniędzy w kieszeni. Oto retrospektywny fragment rozmowy Zenona z Justyną:

-"Zrobiłaś wtedy, co sama chciałaś. Samaś tak zdecydowała, nie namawiał cię nikt. Przecież mogłaś mieć dziecko i wiedziałaś, że też byłbym cię bez pomocy nie zostawił.

- Jak to: wiedziałam? Tego już nie mów. A te pieniądze, coś mi dał wtedy?(...)

- Dlaczego tak mówisz? Przecież liczyłem się z tym, że chcesz dziecka. Ciągle ci powtarzałem...(...)

- No, właśnie wiedziałeś, że go chciałam, żeby żyło, żeby aby żyło.(...)

- Aleś mi dał pieniądze na to, żeby się popsuć.

- A co miałem robić, Justyno? Miałem ci nie dać? Co byś wtedy powiedziała, jakbym ci nie dał?(...)

- Naturalnie, żeś mógł nie dać. Toby ono teraz żyło. Sameś wiedział przecie, że już był nie czas.(...)"

Zenon nawet z perspektywy czasu nie przyjmuje na siebie żadnej odpowiedzialności za decyzję Justyny, którą powinni podjąć wtedy razem. Pozostawiając jej pozory wyboru, zachował się on w istocie jak tchórz, umywający ręce, w obawie przed konsekwencjami, lecz próbujący jeszcze ratować resztki wątpliwego honoru. Cynicznie wmawia Justynie, iż to ona jedynie jest winną, podobnie jak później Elżbiecie wmawia, że swoją pobłażliwością jego postępku odpowiedzialna jest również za tragedię i chorobę psychiczną Justyny. Zatem postępowanie Zenona jest do cna niemoralne, a do tego maskowane przez niego samego pozorami uczciwości, którą według siebie zachował.

Jako osoba publiczna Zenon stosował również tę samą strategię uniku, uchylając się przed przyjęciem odpowiedzialności za wydarzenia, nad którymi jako prezydent, reprezentant władzy powinien panować. Nie on wydał rozkaz strzelania do robotników( "Istotnie, pierwsze strzały padły owego wieczoru w chwilę po jego przyjeździe. Naprawdę jednak sprawa zdecydowała się już przedtem, była gotowa, zanim przyjechał."), lecz i nie on zapobiegł rozlewowi krwi, co było jego zadaniem jako prezydenta miasta. Jeśli zaś nie był w stanie zapanować nad sytuacją, to choć powinien umieć się do tego publicznie przyznać. Zenon natomiast winy nigdy nie upatrywał w sobie, lecz w systemie, który zamiast skrytykować i zmieniać, akceptował, ponieważ to dzięki niemu otrzymał pozycję, o której marzył.

Główna winą Zenona jest zatem konformizm i tchórzostwo, które uniemożliwiło mu rozpoznanie faktycznej wagi jego uczynków. Pozbawiając się świadomości krzywdy, która stawała się jego udziałem, Ziembiewicz niszczył w sobie stopniowo poczucie moralności, co ostatecznie doprowadziło go samobójstwa.