"Wierna rzeka" Stefana Żeromskiego to opowieść o losach powstańca o nazwisku Józef Odworąż. Akcja rozgrywa się w 1863 roku, jest to okres powstania styczniowego. Żeromski nadaje swej powieści podtytuł "klechda domowa", co ma dookreślić jej związek z rodzinną tradycją. Geneza utworu sprowadza się do prawdziwego wydarzenia usłyszanego przez pisarza u ciotki Józefy Saskiej w 1863 roku. Wskazują na to następujące zbieżności miejsc realnych z fikcyjnymi: Dwór w Niezdołach ma swój pierwowzór w dworze z Rudy Zajączkowskiej. Państwo Rudeccy to w rzeczywistości państwo Sascy. Salomea Brynicka to postać powstała na podstawie osoby Anieli Lubowieckiej, krewnej Saskich. Józef Odworąż to rzeczywiście Jan Połubiński. Można nawet dalej szukać tych zbieżności, ale poprzestańmy na najważniejszych.

Jedną z bohaterek powieści jest Salomea Brynicka. Jest to młoda panna, dwudziestokilkuletnia. Gdy Salomea miała zaledwie jeden rok, jej matka umarła. Wychowywał ją więc ojciec - Antoni Brynicki - pełniący funkcję rządcy w dworze w Niezdołach.

W czasie bitwy pod Małagoszczem ( 22 lutego 1863) zostaje ciężko raniony Józef Odworąż. Ledwo żywy dostaje się do wsi obok. Mieszkańcy widząc powstańca, nie są zadowoleni. Wyzywają go, chcą go wydać w ręce Rosjan. Chłopy poczęły debatować co zrobić z powstańcem, ten tymczasem powoli począł się od nich oddalać. Tak dotarł do dworu. Wszedł do kuchni. Tu stał jakiś stary człowiek, był to kucharz, początkowo chciał wyrzucić obdartusa, ale wnet zlitował się nad powstańcem i dał mu jeść. Po posiłku powstaniec chciał odejść, by nie robić nikomu kłopotów, ale na ganku stała młoda kobieta, która zabroniła mu się gdziekolwiek ruszać. Wraz z kucharzem zajęła się ona Józefem. Opatrzyła mu rany, kazała położyć do łóżka.

Następnego ranka kobieta przyszła do pokoju Józefa. Ten miał się już lepiej i mogli sobie trochę porozmawiać. Tu się okazuje jak nasi bohaterowie mają na imię: powstaniec to oczywiście Józef Odworąż, natomiast kobieta to Salomea Brynicka. Kobieta wyjaśnia, iż Józef dotarł do dworu w Niezdołach, którego państwa Rudeckich. Ona jest ich wychowanicą. Teraz jest sama we dworze, gdyż Rudecki siedzi w więzieniu, zaś trzech jego synów poległo w powstaniu, dwaj uczą się w Krakowie. Ojciec Salomei także brał udział w powstaniu. Na dwór ciągle zjeżdżają się rewizorzy, żołnierze żądają jedzenia, więc jedyne co im pozostało, to kasza. Salomea wspomina także o swojej przyjaciółce - Ryfce, Żydówce, która ja ostrzegała przed najazdami żołnierzy.

Salomea i kucharz doszli do wniosku, ze w razie niebezpieczeństwa ukryją powstańca w stodole. Pewnego dnia Salomea usłyszała pukanie Ryfki - umówiony znak kobiet. Szczepan - kucharz zaniósł powstańca do stodoły, a Salomea uprzątnęła pokój. Pojawili się wnet Rosjanie, wypytywali o wszystko, przetrząsnęli dom, ponieważ dostali cynk, że we dworze znajduje się polski powstaniec. W pokoju Salomei znaleźli ślady krwi, ale Salomea powiedziała, że to jej krew. Rosjanie także przeszukali wszystko wokół dworu, ale nie udało im się znaleźć powstańca.

Nad ranem żołnierze odjechali. Salomea chciała natychmiast zobaczyć co się dzieje z powstańcem, ale kucharz odradził jej, bał się, że wojsko może wrócić. I tak tez się stało. Rosjanie ponownie przetrząsnęli dwór, ale i tym razem niczego nie znaleźli. Wtedy to Salomea i Szczepan wyciągnęli powstańca z kryjówki. Przenieśli go do domu. Niestety, źle z nim było, był przemarznięty, rany krwawiły. Najgorsza była rana zadana w biodro, gdyż w niej tkwiła kula. Zaczęła dodatkowo ropieć, a żołnierz czuł się coraz gorzej i słabiej.

Salomea chciała jechać po lekarza. Nie potrafiła bowiem sama uporać się z taką postrzałową raną. Poszła więc do karczmy, by pożyczyć od swej przyjaciółki konie. Ryfka nie chciała dać jej koni, ale Salomea tak długo prosiła, iż w końcu Żydówka zgodziła się. Do lekarza było daleko. Trzeba było jechać przez las pełen dzikich, głodnych wilków. W końcu cała i zdrowa dotarła do miasteczka. Tu odnalazła lekarza - doktora Kulewskiego, ale ten wcale nie zamierzał jechać z Salomeą. Bał się pomagać powstańcowi, gdyż za to groziła nawet kara śmierci. Jeszcze raz Salomea pokazała swoją moc przekonywania i w końcu lekarz zdecydował się z nią jechać. Po przybyciu doktor czym prędzej zbadał Józefa, po czym oznajmił, że kula za mocno tkwi w kości i nie może jej usunąć. Salomea wobec tego zawiozła lekarza z powrotem do miasta, konie zaś oddała przyjaciółce. Odworąż w tym czasie cierpiał. Pewnego dnia jednak rana pękła, a tym samym kula sama wypłynęła z rany. Józef zaczął powracać do zdrowia.

Któregoś dnia zawitał do dworu ojciec Salomei - Antoni Brynicki. On także był powstańcem. Zjadł jednak coś, przespał i odjechał rankiem. Pomiędzy Salomeą a Józefem rodziło się uczucie, aby to zatuszować Salomea bywała szorstka dla Józefa, już nie spała z nim w pokoju, nie czuwał w nocy. Wspominała, że pewnie Józef jak tylko wydobrzeje, to odejdzie od nich i znów zostanie sama. Józef miał wrażenie, że dziewczyna go wygania. Było mu smutno, raz zaczął płakać. Salomea wzruszona tymi łzami przytuliła Józefa, zaczęli się całować i odtąd byli już razem. Zaczęła się wiosna.

Dwór posiadał pozamykane na wieki pokoje. Salomea mówiła, że w nich mieszka duch pana domu - Dominika Rudeckiego, który popełnił samobójstwo na skutek nieszczęśliwej miłości. Salomea była przekonana, że duch Dominika łazi po domu i straszy. Którejś nocy zobaczyła go, przynajmniej tak twierdziła, wystraszona uciekła do pokoju Józefa. Ten zaczął ją uspokajać, ale wnet niewinne uściski przerodziły się w falę pożądania. Obydwoje pragnęli się bardzo i tej nocy kochali się po raz pierwszy. Szczęśliwi zasnęli w swych objęciach.

Popołudnie. Marzec. Nagle do dworu podjechało wojsko. Zabrakło czasu, by schować Józefa w kryjówce. Więc Józef przyczaił się w krzakach. Żołnierze skorzystali z noclegu, rankiem wyruszyli dalej. Józef po nocy w krzakach, na zimnie zachorował. I znów długo leżał chory, aż w końcu zaczęło mu przybywać sił.

Do dworu wrócili Rudeccy. Przez cały czas pani Rudecka próbowała wydostać z więzienia swego męża, gdy w końcu udało jej się to, wrócili do domu, a tu przerazili się ogromem zniszczeń, jakich dokonały przemarsze wojsk. Pan Rudeccy załamał się tak bardzo, iż z żałości zmarł. Kilka dni później Salomea dowiedziała się, że jej ojciec został ranny i umarł w klasztorze.

Odworąż wciąż chorował. Natomiast kobiety - Salomea i pani Rudecka zaczęły sprzątać dwór, chcąc doprowadzić go do jako takiego wyglądu. W tym czasie pojawia się we dworze matka Odworąża - księżna. Po wielu poszukiwaniach dotarła do tegoż dworu i tu znalazła swego syna. W ten sposób okazuje się, że Józef jest księciem. Matka, majętna kobieta, posłała po doktorów, żywność, potrzebne sprzęty, by syn jak najszybciej wyzdrowiał. I rozmyślała, co by tu zrobić, aby syn nie zechciał ponownie dołączyć do powstańców. Wpadła na pomysł, aby Salomea poprosiła Józefa, żeby wyemigrował, wyjechał za granicę, gdzie będzie mógł normalnie żyć. Księżna bowiem domyślała się, co łączy jej syna z Salomeą, a na taki związek nie chciała wyrazić zgody. Salomea chciała jechać razem z ukochanym do Włoch, ale księżna "odradziła" jej, wsadzając w dłoń pieniądze. Dziewczyna zrozumiała o co chodzi matce.

Tymczasem Józef już rozmyśla nad dołączeniem do wojsk powstańczych. Matka namawia go, by jechał z nią do Krakowa, tam stacjonują powstańcy, tam się zaciągnie. Józef niczego nie podejrzewając przystaje na ten pomysł. Salomea go popiera. Następuje krótkie pożegnanie i już nie ma Józefa na horyzoncie. Salomea idzie nad rzekę, rzuca pieniędzmi w wodę, pada na ziemię. Taką niemal nieprzytomną odnajduje ją kucharz Szczepan i zabiera do dworu.

(...) Woda plusnęła na znak. Ona jedna zrozumiała męczarnię serca. Ona jedna powtórzyła mu dźwiękiem zrozumiałym. Załatwiwszy się z tymi pieniędzmi, Salomea odeszła z tego miejsca. Brodziła po wysokich trawach mokrych od rosy. (...) Zobaczywszy zaś te świeże ślady, białe na piasku ciemnym od rosy, Salomea zatknęła się od ponownego zdumienia. Coś w niej rwało się i rozdzierało... Szła z wolna ku domowi. Lecz na jokowymś drobnym kamyku potknęły się jej stopy. I tak tam padła twarzą w ów mokry piach.

Stary Szczepan wstał, jak co dnia, o świcie i szedł po wodę z wiadrami do stoku, co tam pod grusza bił od wieków. (...)Aliści - zda mu się rzucić okiem na drogę - leży cosik czarnego. Tknęło go wnet złe czucie, że toto będzie jakaś bieda od polskiej strony. (...) Gdy się zaś dobrze zbliżył, cisnął wiadra na ziemię - i do niej co duchu w gnatach. Podjął ostrożnie z ziemi grubymi rękami bezsilne ciało - zachylił zwisłą głowinę sobie na ramię i niósł do domu z wolna (...).