Chciałabym się podzielić moimi refleksjami odnośnie ekranizacji Sofoklesowskiego "Króla Edypa" dokonanej przez Philipa Saviella.

Film ten powstał w roku 1968. W głównej roli obsadzono aktora imieniem Christopher Plumer. Jednak to nie on zagrał najważniejszą rolę. Najważniejsza w tym filmie okazała się być muzyka. To ona wprowadzała nas w nastrój starożytnej Grecji, gdzie w szóstym wieku przed nasza erą królował tytułowy Edyp, młodzieniec, który zabił własnego ojca i sypiał z własną matką.

Film ten bezpośrednio ukazuje nam to, że nie od nas zależy to, co podzieje się w naszym życiu. Nami tak naprawdę kieruje siła zwana przeznaczeniem. Nie jesteśmy w stanie jej zniszczyć ani zniweczyć jej planów. Wystarczy popatrzeć na tytułowego Edypa, który przecież wiedział o tym, jaki los ma go spotkać i czynił wszystko, aby temu zaradzić, nie wydostał się spod władzy przeznaczenia i wykonał to, co było mu pisane - dokonał wielkiego grzechu kazirodztwa płodząc dzieci z własną matką. Edyp postanawia jednak ukarać siebie za to, co uczynił, dlatego pozwala się okaleczyć i pragnie zostać wygnany. Jego matka - żona również pragnie ponieść winę za to, co uczyniła, dlatego zabija się. To było ich przeznaczenie. Nie mieli możliwości przed nim uciec.

Film jest niezłym widowiskiem, jednak co do gry aktorów można mieć wiele wątpliwości. Doskonale ze swojej roli wywiązał się Donald Sutherland, który zagrał lidera chóru. Może również to, że film ten jest stary i nie może zaskoczyć żadnymi specjalnymi efektami powoduje, że nie trafił on do mnie. Jak jednak powiedziałam, muzyka to coś, co powoduje, że do tego filmu z chęcią się wraca. Jakkolwiek nie było to arcydzieło, jednak pomogło mi zrozumieć treść przekazu Sofoklesa.