Naukowiec z powieści „Frankenstein” Mary Shelley popełnił cały szereg błędów. Przede wszystkim jego błędem były pycha i wiara w to, że jest zdolny stworzyć istotę tak doskonałą, jak człowiek. Poczuł się niemal Bogiem, ale okazało się, że nie potrafi stworzyć boskiego stworzenia. Jego człowiek był upiorny, brzydki, przerażający i budzący grozę.

  Naukowcowi nie wystarczyło, że odkrył tajemnicę dawania życia, tworzenia, ożywiania. Chciał koniecznie tę wiedzę wykorzystać. Nie kierowały nim dobre pobudki, nie chciał służyć dobru ludzkości. Chciał stworzyć nową rasę szczęśliwszych ludzi, którzy będą jego uważali za stwórcę, będą oddawali mu cześć i uwielbienie. Nie spróbował z prostszą istotą, mniej skomplikowaną. Poczuł się wszechmocny, chciał przekroczyć granicę życia i śmierci. Poczuł się równy Bogu i to go zgubiło.

Potwór stworzony przez naukowca nie będzie miał łatwego życia. Wzbudzał odrazę, grozę, sam jego „ojciec” od niego uciekł, gdy spostrzegł, co stworzył. Potwór jest jednak człowiekiem, ma uczucia, potrzebuje innych ludzi, łaknie kontaktu. Mimo to będzie skazany na potępienie, odrzucenie, szykany, a może nawet śmierć.