Mieszkam w niewielkim mieście, w którym zazwyczaj nie dzieje się nic ciekawego. Jest jednak pewien dom, w którym straszy. Samo wspomnienie o nim wywołuje dreszcze. Wszyscy znają i opowiadają niestworzone historie, jakoby tam naprawdę straszyło. Nawet rodzice nie chcą o tym domu rozmawiać. Fakt, stoi pusty od wielu lat, na parkanie jest powieszona tabliczka „wynajmę lub sprzedam”, ale chętnych z niewiadomych przyczyn brak.

  Dom znajduje się tuż za miejskim parkiem, przy mało ruchliwej ulicy, w miejscu raczej spokojnym. To dość duży, piętrowy budynek, z ładnym, choć gęsto zarośniętym ogrodem. Jest tam dużo drzew i krzewów, szczególnie od strony ulicy. Posesję otacza gruby, ceglany mur, żeliwna brama jest zamknięta na wielką kłódkę. W całym domu okna są zasłonięte, żaluzje zaciągnięte, na parterze dodatkowo są założone okiennice antywłamaniowe. Wkoło jest zawsze posprzątane, liście zamiecione, trawa i rośliny przycięte, rzeczy poukładane. Nikt jednak nie widział tam żywej duszy. Pewnego dnia, po tym, jak nasłuchaliśmy się kolejnych budzących grozę, opowieści, że mieszka tam kanibal, który porywa dzieci, a ich szczątki zamurowuje w ścianach, postanowiliśmy tam pójść i sprawdzić. Było lato, więc ciemno zaczęło robić się koło dziewiątej wieczorem. Byliśmy podekscytowani naszą wyprawą na duchy. Podkradliśmy się pod wysoki parkan. Bez pomocy lub drabinki nie dałoby się tam wejść. Na szczęście był z nami kolega – Mirek, który mimo niecałych czternastu lat ma już metr siedemdziesiąt sześć wzrostu. Podsadził nas po kolei, żebyśmy mogli zahaczyć się o rurkę bramy. Przeskoczyliśmy parkan. Ja oczywiście rozdarłem sobie spodnie na nodze. Było cicho jak makiem zasiał, atmosfera była nieprzyjemna, wszyscy się baliśmy, ale nikt z nas nic nie powiedział. Kamil postanowił obejść dom dookoła. Zrobiło się już całkiem ciemno, a przez te wysokie drzewa światło z ulicy prawie do nas nie docierało. Kamil zaszedł od tyłu domu, był tam niewielki taras i drugie wejście do domu. Podkradaliśmy się tam, atmosfera mroziła krew w żyłach. Było bardzo cicho. Wtem zza domu wyszedł wielki, kudłaty, czarny pies. Nie szczekał, nie warczał, szczerzył zęby i stroszył sierść, powolutku do nas podchodząc. Był ogromny, miałem wrażenie, że łbem dosięgnie mi pępka. Marek uciekł, jak tylko go zobaczył, kątem oka widziałem, jak próbuje wdrapać się na bramę. Nie wychodziło mu, ale Mirkowi stojącemu po drugiej stronie udało się go podsadzić. Przerażony pobiegł w stronę domu, a Mirek zaczął na nas pokrzykiwać, żebyśmy lepiej już przyszli, co się dzieje, i że on zaraz pójdzie do siebie, jak nie przyjdziemy. Mnie i Kamila sparaliżował strach. Pies nie zwrócił uwagi na Marka, wpatrywał się to we mnie, to w Kamila wściekłymi oczami. Trwało to bardzo długo, pies podchodził bardzo wolno, coraz groźniej szczerząc swoje olbrzymie zębiska. Atmosfera była pełna napięcia. Autentycznie bałem się tego psa, jego oczy wydawały się być czerwone i świecące. Nagle zaczął warczeć, szczekać, zerwał się i pobiegł przed dom, w stronę bramy. Słychać było jego dudniące szczekanie. Nagle umilkło. Korzystając z tego rzuciliśmy się biegiem ku bramie. Okrążając dom przewróciłem ceramiczną donicę, która stłukła się z hukiem. Widząc, że pies zniknął, szybko wdrapaliśmy się na bramę i przeskoczyliśmy. Ja tym razem zostawiłem część spodni nadzianych na iglicę od bramy. Nie zważając na to, pobiegliśmy w stronę naszego osiedla, jakby ktoś nas gonił. Mirek, biegnąc za nami, dopytywał się, co się stało. Nic mu nie powiedzieliśmy. Powiedział, że nie słyszał żadnego psa. Baliśmy się więc, że nam nie uwierzy.

  Odważyłem się tamtędy przejść dopiero po kilku dniach. Na branie nie widziałem fragmentu moich podartych spodni. Zajrzałem przez bramę i… waza stała w tym samym miejscu, nietknięta, cała! Włosy zjeżyły mi się na głowie. Usłyszałem wycie psa. Nie trzeba było mnie poganiać – uciekałem chyba najszybciej w życiu.

  Nikomu o tym nie powiedziałem. Od tamtej pory szerokim łukiem okrążam ten nawiedzony dom.