Jak co roku, moja klasa wraz z wychowawcą organizuje wycieczkę dydaktyczną, która jest powiązana z naszym programem nauczania. Staramy się wybierać takie miejsca na mapie Europy, które będą dla nas przedmiotem ekscytacji i niezapomnianych wspomnień. W tym semestrze przerabialiśmy na zajęciach z języka polskiego materiał z zakresu romantyzmu, który niósł ze sobą olbrzymi ładunek emocjonalny i wzbudzał szaleńcze i żywiołowe kontrowersje. Stwierdziliśmy wspólnie, że z tą epoką musi wiązać się cel naszej podróży. I w tym miejscu zaczęły się przysłowiowe schody. Jedni proponowali "Jedźmy do Zaosia, gdzie lata dziecinne spędził Mickiewicz", ktoś inny wyznał, że chciałby zobaczyć "Wsparty na Judahu skale,/ Jak spienione bałwany to w czarne szeregi/ Ścisnąwszy się, buchają..." lub z dala od cywilizacyjnego zgiełku słuchać "kędy się motyl kołysa na trawie,/ Kędy wąż śliską piersią dotyka się zioła". Na myśl o obślizgłych, obrzydliwych gadach niejedna dziewczyna krzyknęła z przerażeniem. Ów plan spalił na panewce, choć było kilku dzielnych śmiałków, którzy mieli ochotę stanąć oko w oko ze stepowym wężem. Następny projekt przedstawiła Zosia, fascynatka Grecji i kultury greckiej. Powiedziała, że moglibyśmy wcielić się w postać J. Słowackiego i tak, jak on zobaczyć starożytną budowlę poświęconą pamięci władcy z Myken, tzw. grób Agamemnona; mitologiczny obraz groty "gdzie wiatr przychodzi po szczelinach wzdychać/ I ma Elektry głos - ta bieli płótno/ I odzywa się z laurów: Jak mi smutno!/ Tu po kamieniach, z pracowną Arachną/ Kłóci się wietrzyk i rwie jej przędziwo;/ Tu cząbry smutne gór spalonych pachną;/ Tu wiatr obiegłszy górę ruin siwą,/ Napędza nasion kwiatów - a te puchy/ Chodzą i latają jak duchy/ Tu świerszcze polne, pomiędzy kamienie/ Przed nadgrobowem pochowane słońcem/(...) / sykają". Basia i Ania z oburzeniem stwierdziły, że "Słowacki wielkim poetą był", ale nie życzą sobie na wycieczce stresującego sykania! Inne, równie bojaźliwe dziewczyny wtórowały im.

W końcu dominujący przewodniczący klasy wskoczył na ławkę z okrzykiem, że jak będziemy tak grymasić, jak małe dzieci przy śniadaniu, to już zakwitną kasztany i będziemy męczyć się na egzaminie maturalnym. To wszystkich otrzeźwiło i zmobilizowało do podjęcia stanowczej decyzji. Wówczas ktoś przedstawił kuszącą ofertę, byśmy przenieśli się w baśniowy, trochę zagadkowy i tajemniczy świat "Ballad i romansów". Był to dobry wniosek, bo nie wymagał wielkiego zaplecza finansowego i dużego nakładu czasu, a zapewniał moc wrażeń. Jakiś buntownik chciał poddać w wątpliwość aktualność zaproszenia Mickiewicza: "Ktokolwiek będziesz w nowogródzkiej stronie,/ Do Płużyn ciemnego boru/ Wjechawszy, pomnij zatrzymać twe konie,/ Byś się przypatrzył jezioru". Większość osób w klasie pozytywnie zareagowała na tą propozycję. Tak więc klamką zapadła. Jeszcze tylko ustaliliśmy termin wyjazdu, zarezerwowaliśmy autobus, zamówiliśmy nocleg w Płużynach i czekaliśmy z niecierpliwością na dzień wyjazdu...... I nadeszła owa upragniona chwila - godzina 8.00, 8-ego maja. Nasza wychowawczyni nie omieszkała skomentować naszej nienaturalnej punktualności. ....

Jeszcze tylko pożegnaliśmy się z najbliższymi, sprawdziliśmy, czy mamy paszporty, wrzuciliśmy plecaki do bagażnika i gdy okazało się, że wszystko jest "zapięte na ostatni guzik" , ruszyliśmy ku naszemu przeznaczeniu.

Po kilku godzinach przekroczyliśmy granicę z Litwą. Na obiad zasiedliśmy już w docelowym miejscu naszej wyprawy, czyli w hotelu Świteź. Nazwa ta od razu podziałała na naszą wyobraźnię, bo każdemu wydawało się, że słyszy wołanie toni "Chodź do mnie, chodź". Obiad na stole pozostał prawie nietknięty. Wszyscy nie mogli już doczekać się punktu kulminacyjnego, jakim było zobaczenie słynnego jeziora.

Okazało się, że jezioro mieściło się w odległości kilku kilometrów od miejsca naszego noclegu. W związku z tym, gdy dotarliśmy do celu, na horyzoncie słońce skłaniało się ku ziemi. Widok jeziora był naprawdę olśniewający, a rosnące dookoła bujne zioła i kwiaty przypomniały nam o tragicznej historii Świtezi. Nikt nie skusił się, aby zerwać choćby jedno źdźbło trawy znad wody, nie wspominając już o kwiatach. Przezorny, zawsze ubezpieczony. Dodatkowo atmosfera zapadającego zmroku skutecznie podziałała na naszą wyobraźnię. Wszystkim się wydawało, że na spokojnej, niczym nie poruszonej powierzchni wody odbijają się dwa księżyce. Ale to musiało być jakieś optyczne złudzenie. Ale czy to możliwe, aby wszystkim zdawało się to samo? Może te omamy miały swe źródło w zaserwowanym nam obiedzie w hotelu Świteź? Nikt - na wszelki wypadek - nie wnikał w przyczynę tego zjawiska, aby nie popaść w jakiś obłęd. Nagle twarz najpilniejszej uczennicy w naszej klasie nagle zbladła i dziewczyna zaczęła niewyraźnie mamrotać: " Lecz żeby w nocy jechać do jeziora,/ Trzeba być najśmielszym z ludzi./ Bo jakie szatan wyprawia tam harce!/ Jakie się larwy szamocą!/ Drżę cały, kiedy bają o tym starce,/ I strach wspominać przed nocą".

Nasza wychowawczyni nie zamierzała okiełzać swego pedagogicznego temperamentu i rozpoczęła lekcję języka polskiego. Zgodnie ze swoim zwyczajem chciała sprawdzić naszą wiedzę na temat życia i twórczości Adama Mickiewicza. Przewodniczący klasy- Marek nie dopuścił na szczęście nauczycielki do głosu i zaczął snuć opowieść o jeziorze Świteź, poczynając od opisu mrocznej, zagadkowej scenerii boru Płużyn, otaczającego wodną toń. Owo tajemnicze miejsce wiązało się z historią podwodnego litewskiego grodu Świteź. Dramatyczny koniec istnienia miasteczka miał związek z ekspansją cara Rusi na Litwie. Oto książę Świtezi, Tuhan postanowił ruszyć z pomocą władcy Litwy, Mendogowi. Zabrał ze sobą wszystkich sprawnych, zdrowych mężczyzn, pozostawiając w domach tylko kobiety, dzieci i niedołężnych. Miasto pozostało bezbronne i stało się łatwym łupem dla nieprzyjaciół. Pech chciał, że carskie wojska za cel ataku obrały sobie między innymi Świteź. Mieszkańcy miasteczka, chcąc uniknąć hańby i poniżenia chcieli zniszczyć swój majątek, a potem popełnić samobójstwo. Jednak córka Tuhana nie zezwoliła na ten niecny krok i zaczęła się gorąco modlić do Boga. " Jeśli nie możem ujść nieprzyjaciela,/ O śmierć błagamy u ciebie/ Niechaj nas lepiej twój piorun wystrzela,/ Lub żywych ziemia pogrzebie". Stwórca wysłuchał jej próśb, zamieniając gród w jezioro, a ludność w kwiaty i zioła - car-ziela. Żołdacy, którzy przybyli nad jezioro pozrywali kwiaty na wieńce. Nie przypuszczali jednak, że owe rośliny miały zdradziecką, trucicielską moc. Wszystkich, którzy chcieli skrzywdzić bezbronną ludność Świtezi, spotkała zasłużona kara. Wszyscy, jak jeden mąż zapadli na dziwną chorobę i umarli. Od tego momentu nikt nie odważył się zerwać jakiegokolwiek kwiatu znad jeziora.

Potem do opowieści Marka włączyła się Ania, przypominając balladę "Świtezianka". Przedstawiała ona historię miłosną zagadkowej dziewczyny oraz młodego strzelca z okolicznego boru oraz tragiczny finał. Młodzieniec miał poważne zamiary wobec ukochanej, pragnął, by została z nim na zawsze. Nad błyszcząca w świetle księżyca tonią jeziora przysięgał na "piekielne potęgi", że będzie wierny dziewczynie do końca życia. Jednak ona nie była przekonana do końca o szczerości jego uczuć. Dlatego przemieniła się w ponętną nimfę wodną i kusiła swym urokiem osobistym. Chłopak uległ jej czarowi i wszedł do jeziora Świteź, by się do niej przybliżyć. Wówczas nimfa zmieniła się w postać ukochanej kobiety strzelca. Za zdradę czekała go kara: "Surowa ziemia ciało pochłonie,/ oczy (...)żwirem zagasną./ a dusza przy (...) świadomym drzewie/ niech lat doczeka tysiąca,/ Wieczne piekielne cierpiąc zarzewie,/ nie ma czym zgasić gorąca".

Kiedy Marek i Ania skończyli swe bajania o losach podwodnego miasta, nagle zaczęły się dziać dziwne, niewytłumaczalne rzeczy. Każdy miał wrażenie, że z wnętrza wody zaczęły się wydobywać przytłumione dźwięki, jakby ludzkie głosy. Każdy na wszelki wypadek nadstawił ucho, by się upewnić, że nie przesłyszał. Niestety jęki nie ustawały. Potem zaczęły rozbrzmiewać tony dzwonów i broni. Tego było już za wiele. Każdy, kto żyw "wziął nogi za pas" i czmychnął jak najszybciej z płużyńskiego boru. Wpadliśmy jak szaleńcy do hotelu, gdzie stanowiliśmy pośmiewisko gospodarzy i innych gości, którzy przeszli już swoisty chrzest nad Świtezią. Wówczas wszystko stało się jasne. Okazało się, że aby podnieść atrakcyjność owe legendarnego miejsca, spowitego tajemnicą ludowych podań, władze miasteczka wprowadziły elementy nowoczesności w postaci technicznych animacji i efektów specjalnych. Aż dziw, że my- tacy sprytni, dociekliwi praktycy i realiści daliśmy się nabrać na tą sztuczkę. Dostaliśmy pstryczka w nos. Wniosek z tego jest taki, że ulegliśmy wpływom romantycznej filozofii, opierającej się na zmysłach, wyobraźni, fantazji oraz instynkcie. Na pewno nie zapomnimy "Ballad i romansów" Adama Mickiewicza, ze szczególnym uwzględnieniem "Świtezi" i "Świtezianki".