Był ciepły jesienny poranek, życie w Poznaniu powoli nabierało tempa. Spadające liście z drzew utworzyły piękny dywan. Nikogo jeszcze niegdzie nie było widać, szłam powoli rozglądając się za czymś, na czym można by zawiesić oko.

Moją uwagę przykuła jakaś postać, nie można było określić kto to jest, ponieważ była gęsta mgła. Z ciekawości podeszłam bliżej. Okazało się, że to jakaś wysoka dziewczyna z rudymi, roztrzepanymi włosami. Była jakaś nietypowa, miała wzrok wbity w ziemię. Przystanęłam na chwilę, popatrzeć na nią jeszcze raz. Dziewczyna była coraz bliżej, kiedy nagle upadła. Nie wiele myśląc podbiegłam do niej, aby sprawdzić, czy nic jej nie jest

-Nic ci nie jest?-zapytałam. Spojrzała na mnie takim wzrokiem, że ciarki przebiegły mnie po plecach.

-Co się gapisz? Człowieka nie widziałaś, przewróciłam się i tyle!- wrzasnęła na mnie i spojrzała spode łba.

-Ałła!-syknęła

-Coś jest nie tak?- zapytałam. -Może ci pomóc?

-Nie trzeba, sama sobie poradzę-burknęła, po czym pokręciła lewym nadgarstkiem.

-No, nie wiem. Chodź, pójdziemy do lekarza. Widziałam gdzieś tu niedaleko...-nie zdążyłam dokończyć, kiedy usłyszałam

-No to na co czekasz?-krzyknęła-Pomóż mi wstać-dopowiedziała, po czym szarpnęła mnie za rękę. Zrozumiałam ten gest i od razu ją podniosłam.

Szłyśmy już jakieś 10 min bez słowa. Cisza, która panowała wydawała się krępująca.

-Jak masz na imię?- rzuciłam bezmyślnie.

-Ida, a ty?- odpowiedziała

-Kaśka-odpowiedziałam i rzuciłam na nią znaczące spojrzenie. Byłyśmy już u doktora. Nie było kolejki, więc Ida została przyjęta odrazu. Spędziłam w poczekalni dobre pół godziny. Zza drzwi nie było nic słychać. Byłam bardzo ciekawa, co się tam teraz dzieje. I nareszcie wyszła, miała rękę w gipsie. Żegnając się z doktorem wyszłyśmy na zewnątrz.

- I jak tam ręka, złamana?-zapytałam. Ida spojrzała na mnie błagalnie...

-Tak, miłe rozpoczęcie dnia, co nie?- powiedziała z sarkazmem. Już jej nie odpowiedziałam. Postanowiłam ją odprowadzić do domu.

-Gdzie mieszkasz?

-Na Roosevelta. A co, chcesz mnie odprowadzić?

-Jeśli masz ochotę- skinęła głową-no to idziemy!

Dotarłyśmy na miejsce, stanęłam przed bramą z myślą, że Ida nie życzyłaby sobie odprowadzenia jej pod same drzwi.

-Wejdziesz? Wiesz, chciałabym cię przerosić za to moje zachowanie dzisiaj...

-Okey, okey. Nie ma sprawy, nic się przecież nie stało-rzuciłam. Obie weszłyśmy do budynku.

Przekraczając próg jej mieszkania, byłam pewna, że właśnie zaczynam w życiu coś nowego.