Santiago był starym rybakiem. Uważał, że narodził się właśnie po to, aby nim być, tak jak „(…) ryba urodziła się po to, by być rybą.” Santiago różnił się jednak bardzo od innych rybaków. Był przede wszystkim osobą, która szanowała przeciwnika, nieważne, czy ten przeciwnik był człowiekiem, czy zwierzęciem. Świadczy o tym powtarzany wielokrotnie w książce zwrot „Kocham cię rybo, ale cię zabiję.”

Rybak wiedział, że aby mógł przeżyć, musi zabijać i nie było mu z tym dobrze, ale cieszył się, że nie musi zabijać słońca i gwiazd, chociaż i tak zabija swoich prawdziwych braci - ryby.

Ów szacunek Santiago do przeciwnika nie był jego jedynym atutem. Bardzo cenię w nim także cechę, jaką jest honor: Santiago nigdy nikogo o nic nie poprosił, nawet o jedzenie, gdy był głodny. Wiedział jednak, że aby móc przeżyć musi jeść, toteż przyjmował posiłki darowane mu przez swojego jedynego przyjaciela - chłopca Manolina.

Santiago w przeciwieństwie do innych rybaków z Hawany był odważny i nie bał się wypływać daleko w morze. Pokazuje to opisywana w książce wyprawa za marlinem. Stary był bardzo doświadczonym rybakiem, toteż zaraz po złapaniu ryby na haczyk potrafił oszacować jej rozmiar.

Santiago nie próbował wyminąć się z przeznaczeniem - z podniesioną głową przyjmował porażki, na przykład te pechowe 80 dni, w których nie złowił ani jednej ryby. Nie znaczy to jednak, że rybak łatwo się poddawał, przeciwnie - walczył, ale nie za wszelką cenę.

Santiago nie był zbyt pobożny - w Boga, co prawda wierzył, ale nie chodził do kościoła i „nie zachowywał obrządków”.

Kiedy rybak powrócił do portu ze szkieletem marlina myślał, że poniósł porażkę, ale nie klęskę. Twierdził, że człowiek „(…) nie jest stworzony do klęski.” Tak naprawdę jednak Santiago odniósł sukces i udowodnił wszystkim, że nie jest takim pechowcem, że potrafi jeszcze łowić ryby i że jest odważny, bo sprostał przeciwnościom losu.