Skończyłam wcześniej szkołę i postanowiłam, że nie będę czekać na rodziców i sama pojadę na wieś. Oczywiście nie jest to prawdziwa wieś, a mały domek letniskowy nad jeziorem. W lecie jest tam pełno ludzi, ale wtedy był dopiero kwiecień. Miałam ochotę pospacerować po lesie, a rodzice mieli dojechać za kilka godzin.

Tak jak sądziłam, w lesie było pięknie. Jednak zaczęło się już ściemniać, a rodziców nadal nie było. Zadzwoniłam do nich z komórki. Okazało się, że auto się zepsuło i przyjadą dopiero jutro. Wystraszyłam się. Ostatni autobus już dawno odjechał, a ja miałam spędzić noc zupełnie sama w lesie, nad jeziorem.

Weszłam do domu i chwilę zastanawiałam się, czy zaświecić światło. W końcu dla kogoś o złych zamiarach byłby to sygnał, że jestem w domu. Jednak nie miałam zamiaru siedzieć w ciemnościach. Zapaliłam wszędzie światło i zasunęłam zasłony. Nagle usłyszałam daleki grzmot. Gorzej już być nie mogło - nadchodziła pierwsza wiosenna burza. Należę do osób, które panicznie boją się burzy.

Zrobiłam sobie kubek gorącej herbaty i weszłam pod kołdrę. Starałam się myśleć o czymś przyjemnych, ale moje myśli natrętnie krążyły wokół burzy. A jeśli trafi we mnie piorun? Czy nasz domek ma piorunochron? Chciałam zadzwonić do rodziców, ale telefon nie działał. Zdjęłam z półki "Błękitny zamek" Lucy Maud Montgomery i próbowałam czytać. Nie mogłam, ogarnęła mnie prawdziwa panika. Zaczęłam nawet płakać, do czego, oczywiście, nikomu się później nie przyznałam. Płacząc, sama nie wiem kiedy, zasnęłam.

Obudził mnie promyk kwietniowego słońca, który prześlizgnął się przez żaluzje. Pogoda była piękna, po wczorajszej burzy nie pozostał nawet ślad. Poczułam się lekko i radośnie. Pobiegłam na polankę i nazbierałam świeżych kwiatów.

Wkrótce przyjechali przestraszeni rodzice; martwili się o mnie. Powitałam ich nonszalanckim uśmiechem. Burza, jaka burza?