Kasia brnęła przez szare przestworza Grudziądzkiej. Krople, pierwszego wiosennego deszczu, melodyjnie uderzały o krawężnik. Kosmyki włosów dziewczyny niemiłosiernie lepiły jej się do twarzy, niszcząc przy tym cały urok nowej fryzury. Zwolniła kroku. Zawsze, jak tylko mogła, odwlekała przybycie do domu. Lekkie pokapywanie deszczu zamieniło się w trudny do zniesienia łomot.

- No cóż… Kiedyś przyjdzie mi się z tym zmierzyć… - pomyślała Kasia, po czym zawróciła w stronę Bieszczadzkiej.

Mijający ją ludzie przystawali na chwilę, uśmiechali się i odchodzili. Przypatrzyła się ich niespokojnym twarzom. Widniało na nich wiele uczuć. Niektóre z nich potrafiła nawet rozpoznać. Ból, współczucie, radość, troska…

- O czym tak naprawdę myśleli? Co we mnie widzieli? To, że wyglądałam jak ktoś, kto zabłądził i spóźnił się na autobus jadący do domu, było chyba w pełni zrozumiałe. Przynajmniej dla mnie. Najgorsze było to, czego wiedzieć nie mogłam: udawali czy rzeczywiście przejmowali się zwyczajną nastolatką?

Szła tak w zamyśleniu i nawet się nie obejrzała, a była już przed klatką schodową prowadzącą do drzwi jej mieszkania. Sięgnęła do torby po klucze, po czym zaczerpnęła powietrza. Przestrzeń wokół niej wydawała się obca. Ciemne, puste korytarze i ani żywej duszy. Zakręciło jej się w głowie. Poczuła dotkliwy ból rozsadzający serce od środka. Podparła się ściany. Łza skapnęła jej po policzku poprzedzając prawdziwy potok rozpaczy. Była z tym wszystkim zupełnie sama… Przyłożyła dłoń do pulsującej skroni. Teraz przygnębienie ustąpiło złości.

- Zamartwiam się, tracę czas, a przecież czeka na mnie tyle obowiązków…

Dziewczyna chwyciła za klamkę. Ostatni raz stanęła jej przed oczami scena, kiedy to razem z rodzicami wyjechali w góry na ferie zimowe.

- Gdy wróciliśmy, sąsiedzi wyprawili wielkie przyjęcie powitalne… - wspomniała Kasia, uśmiechając się w duchu. - Byliśmy wtedy tacy szczęśliwi… Tak…byliśmy… Ale tak nie będzie już nigdy… - dodała, wierzchem dłoni ocierając zabłąkaną łzę.

Lekko nacisnęła klamkę i bezszelestnie wsunęła się do środka. Ojciec spał. Odetchnęła. Nie chciała kolejnej awantury. Wiedziała, że to nie wina taty. Kiedy mama zmarła, popadł w depresję. Później sięgnął po alkohol. Ciągle dźwięczały jej w uszach potłuczone butelki wódki. Gdy nie miał pieniędzy prosił Kasię o „pożyczkę”. Nigdy jej oczywiście nie zwracał. Nie myślał też o tym, że córka sama zadłuża się u przyjaciół. Kiedy dziewczyna odmówiła pożyczenia pieniędzy, zmusił ją siłą, a gdy zaproponowała wizytę u terapeuty, nieomal jej nie zabił. Często przez niego płakała. Sama się sobie dziwiła, że nie wyczerpała już wszystkich łez. Najwyraźniej należały do „odnawialnych źródeł energii”. Dlaczego nie uciekła? Bała się o ojca. Czy poradziłby sobie sam? Bo prędzej umarłby z głodu niż pogrążył się w smutku z powodu utraty jedynej córki. Poza tym, kiedyś obiecała mamie, że gdyby to ona umarła pierwsza, Kasia zaopiekuje się ojcem. To było zaraz przed rzekomym zawałem. Czy rzeczywiście mama tak trafnie przewidywała przyszłość? Może zachorowała na jakąś dziwną chorobę np. nowotwór? Na samą myśl o tym Kaśkę przeszedł dreszcz. Dlaczego mi nic nie powiedziała? Przecież ufałyśmy sobie jak siostry? Ach, tyle pytań pozostawało bez odpowiedzi. Tyle ścieżek bez wyjścia. Nieodkrytych rozwiązań… Dobrze, wróćmy na ziemię. No więc, po kilku dniach dziewczyna przestała się bronić. Wiedziała, że z tatą nie wygra. Rany, zarówno na ciele jak i duszy, bolały, lecz nie to było najważniejsze. Lekcje w-fu też nie sprawiały trudności. Kasia chorowała na zapalenie uszu i lekarz już dawno wydał jej zwolnienie „na całe życie”. Kłopotliwa była, więc tylko bezradność. Pierwszy raz dziewczyna nie wiedziała, co robić. Postanowiła przetrwać. Codziennie odwiedzała cmentarz. Mama leżała na samym końcu, w ciemnym zaułku pośród drzew. Kasia zawsze zwierzała jej się ze swoich problemów. Trwała przy niej i przysięgła trwać tak do śmierci.

Kasia przysiadła na błękitnej kapie w pokoju. Włączyła komputer. Od jakiegoś czasu pomagała nastolatkom na pewnej stronie internetowej… No cóż, jeśli nie potrafiła udzielić pomocy sobie przynajmniej „ratowała” innych. Sięgnęła po zdjęcia z dzieciństwa. Chciała jeszcze raz przypomnieć sobie błogie chwile spędzone z rodziną. Na pierwszej fotografii widniał piękny, rasowy kot, którego Kasia dostała w prezencie urodzinowym, gdy skończyła sześć lat. Drugie zdjęcie przedstawiało mamę, kiedy była mniej więcej w jej wieku.

- Zawsze będzie przy mnie jej uśmiech… - szepnęła Kasia z trudem powstrzymując, kręcącą się w oku, łzę.

Wszystko jest takie bliskie i podobne do jej wspomnień. Mama nigdy nie była pięknością, lecz gdy się uśmiechała, w jej policzkach tworzyły się zabawne dołeczki. Kasia odziedziczyła po niej wiele rzeczy: brązowe pukle włosów opadające na twarz, bystre oczy o przenikliwym spojrzeniu, śniadą cerę. Charaktery miały też podobne. Obie uparte i ambitne w dążeniu do celu. Wrażliwe na ból i cierpienie, kochające Boga. To właśnie dzięki mamie dziewczyna zachowuje tradycje chrześcijańskie: modli się przed i po posiłku, dwa razy w tygodniu uczestniczy we Mszy św., wierzy, że Bóg o niej pamięta. Z resztą istnieją ludzie przymierający głosem, bezdomni. To o nich trzeba myśleć i ich wspierać. Po co przejmować się zwykłymi problemami? W obliczu rzeczywistości nie stanowią nawet skrawka tego, co przeżywają dzieci Trzeciego Świata.

Kasia przeglądała kolejne fotografie próbując urzeczywistnić swoje marzenia, kiedy nagle natknęła się na zdumiewające zdjęcie. Zastygła w bezruchu. Otworzyła usta ze zdziwienia. Jej ojciec całował się z jakąś kobietą! Była zupełnym przeciwieństwem jej matki - blondynka ubrana w najmodniejszy strój tego sezonu, obejmowała tatę w pasie, ten zaś dłonie oparł na jej ramionach. Wyglądali na zadowolonych z życia, jakby wycięto ich z kolorowego czasopisma. Dziewczyna zerknęła na datę: 24 sierpnia 2008 roku.

- To przecież tydzień przed śmiercią mamy! Może jednak zmarła na zawał? A jeśli...

- Kasia nie mogła o tym myśleć, - co jeżeli popełniła samobójstwo?

Ciarki przeszły jej po plecach. Ojciec ją okłamał? Jak mógł zdradzić żonę z jakąś filmową pięknością?

- Właściwie zawsze miał słabość do Jennifer Aniston… - przemknęło jej przez myśl - Jest blondynką. Tak…, ale mógł przecież wspomnieć o tym mamie. Może poświęciłaby swoje kasztanowe włosy?

Łzy nieświadomości kropla po kropli skapywały jej po policzkach. Była zła na siebie o to, że nic nie podejrzewała i wściekła na ojca, bo przecież miał rodzinę, o którą powinien dbać. Przysunęła głowę do poduszki. Nie mogła tego tak zostawić. Trzeba żądać wytłumaczenia całej sprawy! Nie miała wątpliwości, że to z tego powodu zmarła jej matka. Szybkim ruchem otarła wilgotne oczy, po czym ruszyła do „jaskini lwa”. Popchnęła drzwi, wywracając wszystko dokoła. Na podłodze leżało kilka pustych butelek po piwie.

- Wstawaj! - pociągnęła ojca za koszulę - Dlaczego mi to zrobiłeś!? Za jakie grzechy mama musiała tak cierpieć!?

Pan Strzyżewski wstał i odepchnął dziewczynę zdecydowanym ruchem, tak, że ta straciła równowagę i upadła na twardą podłogę. Podniosła się z trudem, a jej złość zdawała się wygasać.

- Nigdy nie odzywaj się do mnie takim tonem smarkulo! - syknął ojciec przez zęby uderzając Kasię w twarz. Z jego ust wydobywał się odurzający zapach piwa.

Kaśka zaprzestała prób porozumienia się z ojcem. Oddaliła się więc zażenowana porażką jak rycerz po przegranej bitwie, po czym zamknęła się w pokoju.

- Co ja mam począć? Nie wybaczę mu tego, co zrobił mamie!

Dziewczyna sięgnęła po scyzoryk. Przycisnęła go do żyły i…upuściła. Nie miała siły, nie potrafiłaby znieść zapachu, widoku krwi wylewającej się strumieniami. Bezsilna uklękła do modlitwy. Zamknęła oczy. Zaczęła przepraszać Boga za to, co się stało. Nie błagała o przebaczenie, prosiła o sprawiedliwość na świecie. I o nic więcej.

Minęły tak dwa trudne dni. A zmieniło się tylko tyle, że Kasia zaczęła staranniej pielęgnować przyjaźń. Zrozumiała, że w każdej chwili, życie może się skończyć dla niej lub, nie daj Boże, dla jej najlepszego przyjaciela Rafała. Spędzała z nim więcej czasu, choć nie mówiła mu o sytuacji rodzinnej. Impas - tak to nazwała.

Był narkomanem odizolowanym od społeczeństwa, Kasia stanowiła dla niego jedyne oparcie.

Ta znajomość była, bądź co bądź, przydatna dla obu stron. Tylko on rozumiał, jak nikt, problemy dziewczyny, dziwne nastroje spowodowane tymże impasem. Mówili sobie wszystko, a ufali bezgranicznie.

Pewnego dnia, Kasia zdecydowała, że nie zdoła dalej żyć z ojcem pod jednym dachem. Nie miała już siły. Straciła nadzieję, która przecież „nigdy nie zawodzi”. A jednak…Każdy miałby zapewne dość dźwięku tłuczonego szkła przeszywającego ją na wskroś, gryzącego sumienia. Co dzień, gdy zasypiała, słyszała głos matki. Powracał wciąż, ten sam, niczym echo. Dziewczyna nie zdołała jednak rozróżnić słów. Co mama chciała jej przekazać? I czy to miało jakiś związek z jej próbą samobójczą? Te pytania również pozostawały bez odpowiedzi. Wiedziała już tylko jedno - nie podoła wyzwaniu, nie dotrzyma obietnicy.

- Ucieknę, to jedyne rozwiązanie. Nie mogę mieszać w to Rafała. Ma dosyć swoich problemów.

Nazajutrz, Kasia popędziła do przyjaciela.

- Witaj - uśmiechnęła się zachęcająco.

- Miło cię znów widzieć…Dlaczego tak wcześnie? - odparł Rafał wpół żartem. Dochodziło południe.

- Chciałam cię zobaczyć… - Przełknęła ślinę. - Póki jest mi dane cię widzieć.

- Co ty pleciesz Kaśka? Przecież zobaczymy się pojutrze i dnia następnego…

- Tak…, - przerwała mu wpół zdania - ale ja traktuję ten dzień jak ostatni spędzony z tobą… - uśmiechnęła się ciepło, po czym mocno przytuliła przyjaciela. - Trzymaj się, Rafał. Pamiętaj.

Ton własnego głosu wydał się Kasi ponury i oschły. Robiła wszystko, by chłopak nie zrozumiał rzeczywistej przyczyny odwiedzin. Chciała się z nim pożegnać niepostrzeżenie. Był jak słońce ogrzewające ziemię. Tylko przy nim czuła się bezpieczna i…wolna. Tak, a „czym jest wolność, wie tylko ten, kto ją stracił”. Przytulając się do tej „elektrowni”, dziewczyna pozwoliła sobie jeszcze raz poczuć jej ciepło. Ostatni raz.

Teraz nie oglądając się za siebie szła szybkim krokiem przez Goczałkowicką. Smutny wzrok Rafała wywołałby kolejną falę wrażliwości. Kasia nie zniosłaby takiego widoku. Nie tu i nie teraz.

Dotarłszy wreszcie do „swoich drzwi”, uchyliła je lekko, wpuszczając piękny strumień światła do ciemnego korytarza. Przymykając oczy, wsunęła się do środka i zabierają spakowane wcześniej torby, wyszła tą samą drogą. Nie wiedziała, co pocznie, gdzie zamieszka. Nie zwracała, jednak na to uwagi. Rozpoczęła nowy rozdział w życiu. Nie chciała zobaczyć już tego bloku, tych smutnych, nieprzepuszczających światła, małych okien, szarych ścian. Świat był kolorowy, wiedziała to, lecz nie sądziła, że będzie łatwo, że się uda. Planowała udać się na dworzec, tam nocuje wielu… Wszystko, byleby nie widzieć już nigdy człowieka mieszkającego w jej mieszkaniu. Pragnęła ujrzeć tatę, prawdziwego tatę, jakikolwiek by był. Nie mężczyznę, który skrzywdził jej matkę, tylko kogoś, kryjącego się w głębi duszy tego obcego człowieka. Tak, ten ktoś istniał, to niewątpliwe. Niestety, nie mogła wyłuskać z alkoholika, prawdziwego taty. Kryzys… kolejny. Bądź co bądź jednak do przeżycia.

Po kilkunastu dniach przeżytych na dworcu, Kasia przeprowadziła się do schroniska, gdzie opiekowała się zwierzętami. Pani, która była tam gospodarzem, zaproponowała dziewczynie dach nad głową. Co z tego, że pracowała za darmo? Miała gdzie spać, co jeść. Mimo to nie próżnowała. Znalazła pracę w sklepie spożywczym, a wieczorami odwiedzała chorych w szpitalu. Świeżo upieczona osiemnastolatka bez matury nie prezentowała się zbyt dobrze, lecz w niektórych sytuacjach wystarczał urok osobisty i wrodzona ambicja. O ojcu dziewczyna także nie zapomniała. Codziennie wysyłała pod dom kosz z jedzeniem, oczywiście anonimowo.

Tak Kasia stała się wolontariuszką. Nigdy nie żałowała swojej decyzji. Przekonała się, że czasem warto coś zakończyć, by móc odżyć na nowo.