Gdy skończyła się wojna trojańska, postanowiłem pojechać w rodzinne strony. Bardzo cieszyłem się z tego, ze jadę do domu. Długo mnie tam nie było, wiec tym bardziej chciałem przyspieszyć podróż. Padało przez siedemnaście dni i lekko wiało. Przypominałem sobie moją żonę Penelopę, której nie widziałem od bardzo dawna i poczułem, że jestem szczęśliwy.

Niedługo po wypłynięciu z Troi, zobaczyliśmy nieznaną wyspę. Okazało się wkrótce, ze był nią kraj Lotofagów. Nazwa wzięła się od kwiatów lotosu, które jedli mieszkańcy. Kilku z mych współtowarzyszy zjadło owe kwiaty, które powodowały, że nie chciało się opuszczać tego miejsca. Przez to mieliśmy duże opóźnienie - ciężko było zmusić do powrotu tych nieszczęśników. Niestety kilku z nich zostało na wyspie. Przez to nasza załoga była mniejsza, mimo to wyruszyliśmy w dalszą podróż.

Po tych dziwnych wydarzeniach, pływaliśmy po morzu, do czasu, gdy trafiliśmy na kolejna wyspę. Jej mieszkańcami byli cyklopi. Chcąc dowiedzieć się czegoś więcej, poszedłem z moimi kompanami do pieczary. Czekaliśmy tam niemalże cały dzień. Przebywanie w tej jaskini nie było bardzo przyjemne, ponieważ wszystkie ściany były brudne od krwi, pod nogami napotykaliśmy kości zabitych tu zwierząt. Obraz ten zaczął mi przypominać krajobraz wojenny. Było tam naprawdę złowrogo. Dopiero wieczorem przyszedł do jaskini jej mieszkaniec, prowadząc ze sobą stado owiec. Byłem przerażony tym widokiem - stał przed nami olbrzym, który pośrodku głowy miał ogromne oko. Jego twarz była bardzo brzydka, ale na dodatek okrutna. To nie zapowiadało nic dobrego. Zacząłem poważnie obawiać się o nasze życie i powrót do domu. Gdy zostaliśmy spostrzeżeni przez cyklopa, ten odgrodził nam wyjście wielkim głazem. Zaczął rozpalać ognisko, po czym niespodziewanie złapał któregoś z moich towarzyszy i po prostu go pożarł. Nie wiedzieliśmy, co mamy robić. Cyklop zaczynał być jeszcze bardziej groźny, niż na początku i zjadał moich żeglarzy, jeden po drugim. Nie wiedzieliśmy, jaki się stamtąd wydostać, a trzeba było szybko to zrobić, bo w przeciwnym razie groziła nam śmierć. Postanowiłem zgładzić tego cyklopa podstępem, nie było innej drogi. Rozpalonym konarem wypaliliśmy mu oko, czym sprawiliśmy mu wielki ból. Korzystając z jego nieuwagi, uciekaliśmy bardzo szybko.

Poczułem się jak wielki zwycięzca. Rozpierała mnie duma i szczęście, tak jak gdybym wygrał wielką bitwę. Zdołaliśmy się uratować z wielkich tarapatów, wiec byliśmy bardzo zadowoleni. Cyklop niemal szalał z bólu, gdy my wybiegaliśmy z jaskini. Wtedy krzyknąłem głośno swoje imię, tak, by cyklop wiedział, kim jestem.

Niestety moje szczęście trwało bardzo krótko. Na morzu nasze statki cały czas zmagały się z bardzo nieprzyjaznymi wiatrami, które odciągały ans coraz dalej od domu. Byłem coraz dalej od celu, czyli od mojej żony i domu. Zastanawiałem się, czy moja kochana mnie pamięta i czy oczekuje mojego przybycia. A może w moim domu pojawili się konkurenci, a Penelopa wybrała sobie, któregoś z nich.

Moje myśli szybko zostały rozwiane, ponieważ Posejdon, bóg morza nie pozwalał o sobie zapomnieć. Cyklop, którego oślepiłem był synem boga, dlatego chciał się on zemścić. Statek był atakowany piorunami, falami, tak, że pozostały już same strzępy. Rozpętała się straszliwa burza.

Nawałnica trwała bardzo długo; bałem się, że ona się nigdy nie skończy. Potem było już bardzo cicho, a my ujrzeliśmy przed sobą następną wysepkę. Bardzo chcieliśmy się napić słodkiej wody, dlatego czym prędzej dopłynęliśmy do wyspy. Okazało się, że jej właścicielem był bóg wiatru, Eol. Ugościł on nas bardzo miło i ofiarował nam dziwny prezent. Dostaliśmy wór, którego nie wolno było otwierać. Były w nim zamknięte przeciwstawne wiatry. Przychylne wiatry pomagały nam cały czas płynąc w stronę domu. Dzięki temu byliśmy już bardzo blisko. Niestety moi towarzysze z ciekawości otworzyli wór bez mojego pozwolenia. Myśleli chyba, że jest on pełen złota i skarbów. Konsekwencja była taka, że wypuścili bardzo nieprzychylne wiatry, które zaprowadziły nas bardzo daleko w morze. Rozpętała się burza, która porwała okręt. Przez to nieszczęsne wydarzenie znowu byliśmy skazani na tułaczkę i oddaliliśmy się w niewiadomą stronę od domu.

Pływaliśmy tak bez celu, ale w końcu dotarliśmy do jakiejś wyspy. Mieliśmy nadzieję, ze spotkamy jakieś przyjazne nam istoty, ale po zejściu na ląd okazało się, że wcale tak nie jest. Czekała na nas kolejna niemiła przygoda. Wyspę zamieszkiwali nieprzyjaźni olbrzymi. Zniszczyli oni zupełnie nasze statki, ponieważ zaczęli w nie rzucać wielkimi głazami. Z okrętów niestety nic nie zostało, a na dodatek zginęło kilku spośród moich towarzyszy. Mieliśmy jeden statek, którym popłynęliśmy dalej.

Czekało na nas jeszcze bardzo wiele różnych przygód - dobrych i złych. Przeżyliśmy chwile grozy, ale też chwile miłe i interesujące. Jednym z miejsc, do których dopłynęliśmy był dom czarodziejki Kirke. Była ona bardzo zachłanna i złośliwa. Zaczarowała moich żeglarzy w świnie. Pomógł mi jednak bóg Hermes - dał mi on antidotum, dzięki któremu mogłem odczarować i uwolnić swoich towarzyszy. U Kirke straciliśmy jeden rok. Potem musieliśmy przeprawiać się między dwoma potworami morskimi. Dotarliśmy też na wyspę Trinakii - tu zatrzymała nas cisza morska. Moi kompani bardzo już cierpieli głód, dlatego też nie można ich było powstrzymać przed zabiciem krów ze stada Heliosa. Bóg jednak zemścił się okrutnie - zatopił uderzeniem pioruna statek- cała załoga zginęła, a ja na desce od okrętu płynąłem po morzu.

Już myślałem, że nie uda mi się nigdzie dopłynąć, ale po paru dniach znalazłem się na wyspie nimfy Kalipso. Była ona wspaniała, podobała mi się niezmiernie, tak jak ja jej. Nie było na tej wyspie żadnego statku, którym mógłbym wyruszyć. Postanowiłem odpocząć u nimfy i trochę u niej pomieszkać. Czasami wspominałem swa żonę, ale właściwie bardzo przyjemnie spędzałem u Kirke czas. Mijały lata, aż któregoś dnia postanowiłem, że wyruszam do domu. Nie posiadałem już jednak ani jednego statku. Zbudowałem sobie więc tratwę i na niej chciałem wyruszyć w drogę powrotną. Tak też zrobiłem. Dryfowałem po morzu siedem dni.

Miałem jednak szczęście, ponieważ dopłynąłem do pewnej wyspy, która okazała się dla mnie wyjątkowo szczęśliwym miejscem. Gospodarzami byli tutaj Feakowie. Przeżyłem jeszcze złość Zeusa, który koniecznie chciał przeszkodzić mi w powrocie do domu. Dostałem od Feaków okręt i załogę; mogłem wreszcie faktycznie wrócić do domu.

Udało mi się wreszcie dopłynąć do mojej rodzinnej Itaki. Na początku nie mogłem nic poznać. Zapragnąłem jak najszybciej dostać się do swojej żony. Nie było jednak wiadomo, jak wyglądają sprawy, dlatego z pomocą Ateny zamieniłem się w żebraka. Pod taką też postacią poszedłem na zamek.

Dowiedziałem się od Ateny, że podczas mojej wieloletniej nieobecności koła Penelopy zaczęło się pojawiać bardzo dużo kandydatów na moje miejsce. Gdy poszedłem na zamek, był tam mój syn. Zostałem przez niego rozpoznany; mój syn był już młodzieńcem, bardzo urodziwym. Razem postanowiliśmy się zastanowić, jak odpędzić stad tłum konkurentów. Wymyśliliśmy, że Penelopa powinna urządzić zawody w strzelaniu z łuku. Wszyscy mieli za zadanie strzelać z mojego łuku. Chciałem, aby nikomu się ni udało. Tak właśnie było. Na moje szczęście żaden konkurentów nie potrafił nawet naciągnąć cięciwy. Gdy nadeszła moja kolejka poszedłem i gdy wziąłem w ręce mój łuk, bez trudu udało mi się napięć cięciwę i bezbłędnie strzelić z łuku do dwunastu głowic toporów.

Byłem wreszcie prawdziwym zwycięzcą. Penelopa poznała mnie. Nie zmieniła się prawie w ogóle, nadal była taka piękna. Przy niej poczułem się młodszy. Nie mogłem uwierzyć, że nie widzieliśmy się dwadzieścia lat. Wszyscy adoratorzy odjechali, a ja byłem na swoim miejscu. Zasiadłem na tronie jako bohater i nie żałowałem swoich przygód, ponieważ bardzo wiele mnie nauczyły. Okazało się, że najważniejszą dla mnie wartością jest miłość, a także wytrwałość moich bliskich.