Święta bożego Narodzenia spędziłem w rodzinnych Gawronkach. Pierwszego dnia po powrocie poznaliśmy naszego nowego kolegę, który został wydalony i przeniesiony do nas z warszawskiej szkoły , jak się okazało potem, za kontakt z literatura polską. Zaraz na wstępie jego torba została dokumentnie zrewidowana. Bernard Zygier, bo tak się nazywał, podobnie jak ja, miał problemy z matematyką. Zaskoczenie jednak zafundował nam na ponadprogramowych zajęciach u profesora Sztettera.

Nauczyciel, chcąc sprawdzić nowego, zadał mu przetłumaczenie fragmentu polskiego na rosyjski, co Zygier wykonał bardzo sprawnie. Profesor, podejrzewając coś najwidoczniej, kazał mu potem rozebrać kilka zdań - ale po polsku. Bernard i z tym nie miał najmniejszego problemu, co wprawiło wszystkich w zakłopotanie, gdyż na to nie przewidziano nawet oceny. Ja wówczas, usłyszawszy jego płynne, zdecydowane kwestie po polsku, także poczułem się jakoś dziwnie... Dalej Bernard mówił o utworach, jakie przeczytał w Warszawie - choćby o Mickiewiczu, którego płynnie wymieniał - "Pan Tadeusz", ale i np. "Księgi pielgrzymstwa..."... Sztetter poprosił nagle, aby chłopak coś wydeklamował. Zygier zaczął bez wahania.

Była to "Reduta Ordona". Profesor zerwał się w pierwszej chwili by mu przeszkodzić - wycofał się jednak. Usiadł i poddał się recytacji, choć nie spuszczał oczu z drzwi. Walecki, jeden z moich kolegów, stanął więc przy nich na czatach. Zapanowała wokół niepokojąca cisza.

Już gdzieś kiedyś słyszałem te słowa, byłem tego pewien... Tłukły się we mnie mieszane uczucia: wstręt, złość, ale i jakiś... nieokreślony ból, wstyd, zażenowanie... Przed oczyma stanęła mi nagle opowieść Nogi o tym powstańcu, którego zamęczyli Kozacy... Objawił mi się kopiec pod drzewem, gdzie go pochowano... Poczułem, że ogarnia mnie niekontrolowany płacz. Próbowałem odegnać ten stan zaciskając zęby, nie potrafiłem jednak. Poddałem się, kiedy zobaczyłem łzy na twarzy profesora. Coś we mnie pękło, wylało się, niczym zerwana, długo budowana tama... Od lat nie czułem takiego niepokoju, ale i jednocześnie - takiej dumy.