Kolejny dzień. Dzisiaj pozwoliliśmy sobie na „bibę” jeden z uczestników powiedział Mańkowi, że przyniesie butelkę maślacza. Tego dnia korepetycje załatwiałem nieco dłużej i dopiero przed dziesiątą wybrałem się w stronę górki. Wszedłem w uliczkę i w kręgu światła latarni dostrzegłem postać. To był Majewski. Gorączkowo próbowałem przyprowadzić do porządku spłoszone myśli i znaleźć ratunek dla siebie i swoich przyjaciół. Zanim cokolwiek pomyślałem instynktownie wsunąłem się między drzewa, skurczyłem się i nie spuszczałem oka z sylwetki poruszającej się w ciemnościach. Zobaczyłem ja Majewski zbliżył się do zaułka i przez jakiś czas stał tam. Następnie puścił się w dół ku rzece. Gdy już stanął nad brzegiem rzeki, wyszedłem ze swojej kryjówki i zacząłem śledzić jego ruchy. Majewski stanął przy kładce popatrzył w szyby Gontali. Ja także spojrzałem w tamtą stronę i niepokojem sprawdziłem czy masz szpieg nie dojrzy głów moich kolegów. Jednak ani twarzy ani sylwetek widać nie było. Nagle błysnęło światełko: to pan Majewski zapalił zapałkę i trzymając ją przeszedł przez kładkę. Gdy zapałka zgasła straciłem z oczu naszego „ stróża moralności uczniowskiej”. Byłem pewny, że Majewski jest doskonale poinformowany o „szczelinie Efialtesa”, i ż już usunął deskę jest ogrodzie. Zacząłem panicznie rozmyślać jak dostać się na górkę i uświadomić moich przyjaciół czyhającym na nich niebezpieczeństwie. Zbliżyłem się cicho stanąłem przy kładce i nadsłuchiwałem. Idąc za Majewskim mogłem wpaść w jego ręce, zgubić siebie i innych. Byłem w potrzasku. Nie wiedziałem, co robić, którędy przełazić… Nagle usłyszałem szmer, skąd się go w ogóle nie spodziewałem. Wytężyłem wzrok i ze zdumieniem dostrzegłem postać Majewskiego, Zrozumiałem teraz, ze Majewski otrzymał doniesienie. Miałem tego dosyć! Widząc, że cień poruszał się coraz dalej ostrożnie wciągnąłem kładkę na swój brzeg. Zacząłem się cicho skradać, gdy byłem już naprzeciwko Majewskiego, przysiadłem, zgarnąłem rękoma ogromną kupę błota i grzmotnąłem nią z całej siły w pedagoga. Majewski jęknął i stanął w miejscu. Ja tymczasem lepiłem już następną. Profesor stracił głowę, stal w miejscu bez ruchu i stęknięciami świadczył o celności moich pocisków. Nie ustawałem. Usiałem na ziemi, chwytałem bryły i z wściekłością ciskałem nimi w Majewskiego. Biłem bez przerwy. Wówczas nasz wychowawca podniósł się i ruszył w stronę kładki, której nie mógł znaleźć. Gdy Majewski zaświecił zapałkę zobaczył straszliwy dla siebie widok: kładki nie było. Gdy usłyszałem plusk domyśliłem się, ze to Majewski przebywa rzekę. Ruszyłem z powrotem. Przerzuciłem kładkę i wlazłem do ogrodu. Po zameldowaniu się młodym Gontalom wbiegłem na górę. Gdy wkroczyłem do izby i złapałem trochę powietrza powiedziałem, żeby się zbierali i uciekali stąd jak najszybciej, i że jutro im opowiem, co się stało. Wszyscy śpiesznie opuścili górkę. Majewski osuszony i przebrany w towarzystwie dwóch strażników wrócił na miejsce, w którym tyle wycierpiał. Wbrew twierdzeniom Majewskiego wszystko było na swoim miejscu.