Przez drzwi weszła księżna - pani w średnim wieku, uśmiechnięta, ubrana z pozłacanym pasem na biodrach, idącym wzdłuż pachwin i zapiętym nisko wielką klamrą. Za nią szły panny dworskie, starsze i młodsze, w różowych i liliowych wianuszkach na głowach, część z nich miała lutnie w rękach. Były i takie, które niosły całe pęki kwiatów świeżych, uzbieranych po drodze. Jedna z dziewcząt, młódka jeszcze, może dwunastolatka, niosła też za księżną małą luteńkę nabijaną miedzianymi ćwiekami. Księżna pobłogosławiła wszystkich, którzy byli w „Gospodzie pod Lutym Turem” w Tyńcu, a kiedy to zrobiła usiadła obok Zbyszka z Bogdańca. Nagle księżna zawołała Danusię i kazała jej zaśpiewać piosenkę, którą śpiewała podczas podróży z księżną. Usłyszawszy to słudzy ustawili ławkę pośrodku izby. Na tej ławce stanęła dziewczyna, którą niosła za księżną małą lutnię. Na głowie miała wianeczek, włosy opuszczone na ramionach, suknię niebieską i czerwone trzewiczki z długimi końcami. Stojąc na ławce wydawała się małym dzieckiem, ale przecudnej urody. Po chwili ławka się przechyliła i Danusia by upadła, gdyby nie Zbyszko, który rzucił się jej na ratunek i w porę złapał ją w swe silne ramiona.