Przejdź na stronę główną Interia.pl

PRZYKŁADY OPISÓW

 

Opis krajobrazu

 

Jest takie miejsce, które chętnie odwiedzam w czasie wakacji...

Lubię wiele miejsc, w których spędzam wakacje. Jedno z nich jednak ma dla mnie szczególny urok. Jest to niewielka wieś w województwie kujawsko-pomorskim, ukryta wśród lasów ciągnących się na przestrzeni kilkunastu lub nawet więcej kilometrów. Położona na glebie piaszczystej, nigdy nie mogła pretendować do miana bogatej. Stąd do dziś jeszcze wiele domów ma wygląd przylepionych do ziemi chatek, bielonych na zewnątrz wapnem, o dachach pokrytych gontem. Z maleńkich, nisko umieszczonych okien wychylają się różowe i czerwone pelargonie ubrane w koronkowe białe firanki jak w welony.

Najpiękniej wieś wygląda wieczorem, gdy w małych okienkach zabłysną światła. Jeśli obserwować je z oddalonego nieco piaszczystego wzgórza pod jedną ze ścian lasu, wyglądają jak małe punkciki wskazujące zabłąkanym tu przypadkowo wędrowcom drogę. Pełne uroku są również małe ogródki kwiatowe przed domami. W każdym z nich przy furtce wysokie słoneczniki strzegą spokojnego snu mieszkańców małych domów.

Pól tu niewiele, bo ziemia nieurodzajna, wszędzie piachy i piachy. Za to zapach grzybów z pobliskich lasów czuje się również w środku wsi. Las jest tu dla ludzi nie tylko miejscem odpoczynku, ale głównie pracy, a także ogromną spiżarnią pełną w porze urodzaju jagód, malin i grzybów.

Będąc w tej wsi, zastanawiałam się, czy przypadkiem nie zatrzymał się w niej czas. Z prostotą tego obrazu kontrastują jednak sterczące tu i ówdzie anteny telewizyjne.

Ten uroczy zakątek chętnie odwiedzam w czasie każdych wakacji.

 

Opis zwierzęcia

 

Mój największy przyjaciel – Reks

Odkąd pamiętam, zawsze marzyłem o tym, aby mieć psa. Po nocach śniły mi się owczarki niemieckie, rottweilery, czasem bernardyny. Jednak rodzice mówili, że nie mamy warunków, by trzymać w domu tak dużego psa – a w sumie to żadnego psa, bo przecież pies to obowiązek, zaś my nie mamy na to czasu. Pogodziłem się z tym, że nie będę miał psa, ale marzenie o wielkim, pięknym, rasowym zwierzęciu pozostało. Aż pewnego dnia, gdy mama była na zakupach, przyplątał się do niej zagubiony na ulicy szczeniak. Mama zabrała go do domu, teoretycznie po to, by zawieźć do schroniska... Ale maluch spojrzał na nas wielkimi, mokrymi brązowymi oczami i już wiedzieliśmy, że zostaje z nami.

Reks ma obecnie półtora roku. Nie należy do dużych psów – nie sięga mi nawet do kolana. Nie jest rasowy – to zwykły kundel. Nie jest nawet ładny – ma wielką głowę, nieproporcjonalną w stosunku do reszty ciała, wydłużony tułów, bardzo długi ogon, krzywy, bo musiał być kiedyś złamany i nieprawidłowo się zrósł. Do tego Reksa porasta szorstka sierść we wszystkich możliwych kolorach: na łbie brązowa, na tułowiu wpadająca w szarość, na brzuchu biała, a na łapach czarna. Ogon ma też czarny, ale sama końcówka jest biała.

Jednak Reks jest bardzo inteligentny. Błyskawicznie się uczy wszystkich nowych poleceń. Umie już nie tylko siadać, podawać łapę i chodzić bez smyczy przy nodze, ale też aportować, pilnować przedmiotów, a nawet się turlać! Umie też kłaść się na podłodze i zakrywać oczy łapami, jeśli wie, że coś zbroił. Uwielbia bawić się gumową, piszczącą kaczuszką, czym doprowadza wszystkich do szału. Jest wiernym towarzyszem i zawsze wyczuwa, gdy jestem smutny albo z czegoś niezadowolony – przychodzi wtedy, siada koło mnie i kładzie mi pysk na kolanach, pociesznie wywracając oczami. Wiem, że kiedyś marzyłem o owczarku niemieckim, ale dziś nie zamieniłbym Reksa na żadnego psa na świecie!

 

Opis sytuacji

 

Na przerwie

Długi trzykrotny głos dzwonka. Duża przerwa. Tak informuje się o niej społeczność naszej szkoły. Budynek, przed chwilą jakby ospały, ożywia się natychmiast. Ze zgrzytem tu i ówdzie wysłużonych już zamków otwierają się drzwi klas, wybuchają salwy śmiechu, które mieszają się z podniesionymi głosami nauczycieli i tupotem setek nóg pędzących po schodach, by jak najszybciej znaleźć się na boisku.

Tu hałas nie jest mniejszy. W zabawach prym wiodą chłopcy. To oni dokuczają dziewczętom, oni grają w piłkę, oni włażą na płoty, oni – jak mówi pan od wu-efu – „ćwiczą płuca”. Dziewczęta zachowują się różnie. Jedne spacerują, inne ze wzrokiem utkwionym w zeszyty powtarzają zadany do domu materiał, jeszcze inne skupione w grupkach opowiadają sobie o różnych „babskich sprawach” i co rusz wybuchają chichotem, niektóre próbują organizować zabawy dla pierwszaków.

W pewnym momencie z tej właśnie grupy, znajdującej się na końcu boiska, odrywa się niewielka postać i pędzi w kierunku szkoły. Rozpoznajemy ją. To Magda. Jej stopy prawie nie dotykają ziemi. Długie, czarne włosy rozwiewa wiatr. Magda wymachuje rękami i coś woła. Za chwilę dociera do nas wyraźnie: „Ratunku! Ewa!”.

Znamy ją, choruje na serce. Ktoś biegnie do kancelarii, kilka osób tam, skąd przybiegła Magda. Jest wśród nich nasz wychowawca. Są inni. Wszyscy spieszą z pomocą. Za chwilę głos dzwonka i sygnał nadjeżdżającej karetki zlewają się w jedno. Każą nam wejść do klas, nikt nie słucha. Do karetki na noszach niosą małą Ewę – ulubienicę nie tylko I c. Karetka odjeżdża na sygnale. Będziemy czekać na wiadomość ze szpitala.

Korzystanie z portalu oznacza akceptację Regulaminu.

Polityka Cookies. Prywatność. Copyright: INTERIA.PL 1999-2020 Wszystkie prawa zastrzeżone.